Reklama

Jest jedno słowo, które stało się absolutnym hitem forów, grup na Facebooku, a nawet codziennych rozmów przy kawie. Słowo, które w mojej opinii jest znacznie gorsze, bardziej odzierające z godności i po prostu brzydsze niż nieszczęsny „bąbelek”. Chodzi o kaszojada.

Kaszojad, czyli jak odebrać dziecku ludzką twarz jednym słowem

Przyznaję, kiedy usłyszałam to określenie po raz pierwszy, pomyślałam: „Cóż, może i zabawne, takie dosadne”. Ale im częściej je słyszę, tym bardziej czuję narastający opór. Kaszojad nie jest czuły. Nie jest nawet neutralny. To słowo, które sprowadza małego człowieka, z jego całą złożonością, emocjami i potrzebami, do jednej, czysto biologicznej czynności: konsumpcji papki. To określenie, które dystansuje, stawia barierę, a przede wszystkim − uprzedmiotawia.

Dlaczego tak chętnie po nie sięgamy? Może dlatego, że w dzisiejszym świecie, nastawionym na perfekcję, ciszę w restauracjach i idealnie czyste tapicerki w samochodach, dziecko stało się zakłócaczem. Nazwanie go kaszojadem pozwala nam zdeprecjonować ten chaos, który wnosi maluch.

To mechanizm obronny: jeśli nazwę go czymś zabawnym i lekko pogardliwym, jego płacz w samolocie czy rozlany sok na dywanie będzie mniej ludzki, a więc łatwiejszy do zniesienia lub... do wyśmiania. Ale czy naprawdę chcemy żyć w społeczeństwie, które na najmłodszych patrzy przez pryzmat kpiarskiego epitetu?

Gó**iaki i bachory − mroczny słownik współczesnej niechęci

Niestety, kaszojad to tylko wierzchołek góry lodowej. Wystarczy zajrzeć do sekcji komentarzy pod dowolnym artykułem o wakacjach z dziećmi czy nowym placu zabaw. Język nienawiści (tak, nie boję się tego określenia) wobec dzieci kwitnie w najlepsze. Słowo „gó**iak” stało się niemal standardem w niektórych kręgach internetu. To słowo-wytrych, które ma zamknąć usta każdemu, kto odważy się wspomnieć o prawach dziecka w przestrzeni publicznej.

Zastanawiam się, skąd w nas tyle jadu? Skąd ta nagła moda na bycie child-free nie w sensie wyboru życiowego (który szanuję!), ale w sensie agresywnego wykluczania dzieci z życia społecznego? Słyszymy o strefach wolnych od dzieci, o hotelach tylko dla dorosłych, o restauracjach, w których wózek jest traktowany jak persona non grata.

Określenia takie jak bachory, bachorstwo czy szczyle wracają do łask, a my jako dorośli chyba zapominamy, że sami kiedyś siorbaliśmy zupę i płakaliśmy w najmniej odpowiednich momentach. Ta werbalna agresja to nic innego jak manifestacja naszej niecierpliwości i braku empatii wobec tych, którzy są najbardziej bezbronni i którzy dopiero uczą się, jak funkcjonować w świecie.

Czy w Polsce naprawdę nie lubimy dzieci? Czas na rachunek sumienia

Patrząc na to, jak chętnie Polacy używają pejoratywnych określeń wobec dzieci, trudno nie zadać sobie pytania o naszą narodową kondycję emocjonalną. Czy to możliwe, że pod płaszczem rodzinnych wartości, o których tak wiele się mówi, kryje się głęboka niechęć do autentyczności dziecka? Dziecko w Polsce ma być ciche, czyste i najlepiej niewidoczne. Ma nie przeszkadzać w zakupach, nie krzyczeć w parku i nie brudzić ubrań. Kiedy nie spełnia tych wyśrubowanych norm, staje się kaszojadem lub gó**iakiem.

Język kształtuje rzeczywistość. Jeśli będziemy nazywać dzieci w ten sposób, przestaniemy widzieć w nich osoby. Przestaniemy reagować na ich krzywdę, przestaniemy wspierać rodziców w trudnych momentach, a zaczniemy jedynie przewracać oczami na widok kolejnej „madki z bąbelkiem”. To droga donikąd.

Czas na chwilę refleksji: czy te słówka nie są przypadkiem trucizną, która powoli niszczy w nas resztki wyrozumiałości? Może warto wrócić do słowa dziecko? Ono ma w sobie godność, spokój i przypomina nam o tym, że każdy z nas nosi w sobie tę samą wrażliwość, którą dziś tak chętnie wyśmiewamy. Następnym razem, gdy na końcu języka będziesz mieć kaszojada, ugryź się w niego i pomyśl o małym człowieku, który po prostu chce być częścią naszego świata.

Zobacz też: Toksyczna babcia obsesyjnie powtarza te 4 zdania. W oczach rodziny to oddana wnukom seniorka

Reklama
Reklama
Reklama