Reklama

Wychowanie to bardziej codzienne wybory niż lista zakazów i nakazów. Tyle że wśród tych wyborów są też takie, które wyglądają na mądre, bo powtarzano je w naszych domach od pokoleń. Te rzeczy robimy automatycznie, nieraz z najlepszą intencją. A jednak potrafią one dziecku zaszkodzić, nawet jeśli nikt nie podnosi głosu.

Czasem, gdy patrzę na różne domowe scenki, łapię się na tym, że w mojej głowie odzywa się głos z przeszłości. I wtedy przypominam sobie, jak łatwo pomylić „dobre wychowanie” z wygodą dorosłych albo z lękiem, że dziecko „nie da sobie rady w życiu”.

Oto pięć takich pomyłek, które zdarzają się częściej, niż byśmy chcieli.

„Grzeczne dziecko” to dziecko spokojne i wygodne dla otoczenia

Wielu z was zna to zdanie: „Jak będziesz grzeczny, to cię wszyscy polubią”. Tyle że grzeczność bywa mylona z tym, że dziecko nie przeszkadza, nie płacze, nie złości się w miejscach publicznych. Dorosłym robi się lżej, kiedy maluch siedzi cicho, uśmiecha się na zawołanie i nie protestuje. Problem w tym, że emocje nie znikają od zakazu. One tylko schodzą do środka.

Kiedy dziecko słyszy, że ma być „miłe” niezależnie od sytuacji, uczy się, że jego dyskomfort jest mniej ważny niż spokój dorosłych. W przyszłości może mieć trudność z proszeniem o pomoc, stawianiem granic, nawet rozpoznawaniem własnych uczuć. Grzeczność jest wartościowa, jeśli idzie w parze z prawem do złości, smutku i sprzeciwu. A wy macie pełne prawo powiedzieć: „Widzę, że jest ci trudno, możemy to przejść razem”, zamiast uciszać dla świętego spokoju.

Nadmierna kontrola i „trzymanie w ryzach” jako dowód troski

Kiedy słyszę rodzica mówiącego: „Ja muszę wszystko ogarniać, inaczej się pogubi”, rozumiem tę potrzebę. Sama byłam w tym miejscu. Troska miesza się w głowie z kontrolą, bo kontrola daje złudzenie bezpieczeństwa. Dziecko ma być zawsze punktualne, zawsze przygotowane, zawsze ułożone, bo inaczej „świat je zje”. W efekcie to rodzic staje się menedżerem życia dziecka.

Tymczasem dzieci potrzebują prób i błędów. Potrzebują małych porażek, które przeżyją w bezpiecznych warunkach. Kiedy wyręczamy, planujemy, poprawiamy po cichu, odbieramy im szansę na samodzielność. Wychowanie nie polega na tym, żeby dziecko nie upadło, tylko żeby wiedziało, że po upadku ma do kogo wrócić. Warto zostawić miejsce na nieidealność, nawet jeśli początkowo wygląda to jak chaos.

Zawstydzanie w imię „nauki życia”

„Wstydź się”, „Co ludzie powiedzą”, „Popatrz na siebie”. Te zdania siedzą w naszej kulturze tak głęboko, że czasem wyślizgują się z ust, zanim zdążymy pomyśleć. Zawstydzanie ma szybko naprawić zachowanie, ale działa jak zimny prysznic na relację. Dziecko nie uczy się wtedy, co zrobiło źle, tylko że jest złe albo niewystarczające.

W dorosłości to zawstydzanie potrafi wrócić jako perfekcjonizm, lęk przed oceną, unikanie wyzwań. Zamiast tego sprawdza się komunikat o zachowaniu, nie o wartości dziecka. „Nie zgadzam się na to, jak do mnie mówicie” brzmi inaczej niż „Jesteście niegrzeczni”. Pierwsze stawia granicę, drugie przylepia etykietę.

mama i syn
Zawstydzanie ma szybko naprawić zachowanie, ale działa jak zimny prysznic na relację, fot. AdobeStock/AntonioDiaz

Nagradzanie posłuszeństwa zamiast wysiłku i ciekawości

Kiedy chwalimy głównie za to, że dziecko zrobiło „jak trzeba”, puszczamy mu sygnał: wartość ma posłuszeństwo, nie to, co naprawdę przeżywa i próbuje zrozumieć. „Brawo, że nie płakałaś”, „Super, że się nie sprzeciwiałeś” brzmi jak pochwała, ale w tle jest warunek: dostaniesz uznanie, jeśli nie sprawisz kłopotu.

Ja sama długo musiałam się tego oduczać. Dziś staram się mówić o wysiłku, o odwadze, o próbie. „Widzę, ile pracy w to włożyłeś”, „Podoba mi się, że pytasz i szukasz”. Takie słowa budują w dziecku poczucie, że rozwój jest ważniejszy niż bezbłędność, a ciekawość świata nie jest zagrożeniem dla autorytetu rodzica.

Ucinanie rozmów o trudnych sprawach „bo jeszcze za małe”

Czasem chronimy dzieci przed tematami, które same nas przerastają. Śmierć, choroba, sens rozstania, lęk, nawet zwykłe „dlaczego dorośli płaczą”. Wydaje nam się, że cisza je ochroni. A dzieci, kiedy nie dostają odpowiedzi, i tak budują własne wyjaśnienia. Zwykle bardziej straszne niż prawda.

Dobre wychowanie nie polega na tym, żeby udawać, że trudności nie istnieją. Polega na byciu przewodnikiem po świecie, także tym niewygodnym. Nie musicie mieć perfekcyjnych słów. Wystarczy obecność, prosty język i gotowość do wysłuchania. „Nie wiem jeszcze, ale poszukamy razem” bywa dla dziecka ogromnym wsparciem.

Na końcu zawsze wracam do jednej myśli: wychowanie to relacja, nie projekt do odhaczenia. Można popełniać błędy, można się zatrzymać i powiedzieć „Przepraszam, zrobiłam to inaczej, niż chciałam”. Dziecko nie potrzebuje rodzica bez skazy. Potrzebuje dorosłego, który je widzi, słyszy i traktuje poważnie. A to naprawdę najważniejsza lekcja „dobrego wychowania”, jaką możemy mu dać.

Zobacz też: Toksyczni rodzice rujnują życie dziecka. Po tych 10 zdaniach trudno się podnieść

Reklama
Reklama
Reklama