Reklama

Personel żłobka przekonuje, że „kącik wyciszenia” służy regulacji emocji dzieci. W teorii. W praktyce coraz częściej budzi wątpliwości rodziców. Sama zaczęłam się nad tym zastanawiać po rozmowie z koleżanką, która opowiedziała mi, jak wygląda to w placówce jej dziecka.

Żłobek podkreśla, że „nie stosuje kar”, ale jednocześnie na sali jest wydzielona niewielka przestrzeń – zastawiona regałem i krzesłełkami tak, by maluch nie mógł z niej wyjść. Trafiają tam dzieci, które krzyczą, płaczą, rzucają zabawkami, kłócą się z koleżankami i kolegami albo po prostu „muszą się uspokoić”. I choć nazwa brzmi łagodnie, trudno nie mieć wrażenia, że to coś więcej niż zwykłe wyciszenie. To kara, w dodatku okrutna.

„Regulacja emocji” czy jednak kara?

W teorii takie miejsce ma wspierać dziecko w regulowaniu emocji. Problem zaczyna się wtedy, gdy przestaje być wyborem, a staje się przymusem. Jeśli dziecko jest tam zaprowadzane w reakcji na trudne zachowanie i nie może swobodnie wyjść, zaczyna to przypominać klasyczną karę – tylko ubraną w bardziej „nowoczesne” słownictwo.

Z punktu widzenia małego dziecka sytuacja jest prosta: zrobiłem coś, to się nie spodobało, zostałem odseparowany od grupy. Maluch nie analizuje intencji dorosłych ani teorii wychowawczych. Odbiera to emocjonalnie – jako odrzucenie i brak akceptacji w trudnym momencie.

Dlaczego to nie jest dobra metoda?

Dzieci w wieku żłobkowym dopiero uczą się rozpoznawać i regulować emocje. Krzyk czy rzucanie przedmiotami to często efekt przeciążenia, frustracji albo zmęczenia – a nie „złe zachowanie”.

W takich chwilach kluczowa jest obecność dorosłego. To opiekun pomaga dziecku się uspokoić, nazywa emocje i pokazuje, co można zrobić inaczej. Izolowanie malucha przerywa ten proces. Zamiast wsparcia, pojawia się samotność, a często także lęk i niezrozumienie.

Co więcej, zamknięcie w ograniczonej przestrzeni – nawet jeśli nie jest to nazwane wprost – może być odbierane jako przymus. A to już nie ma wiele wspólnego z nauką wyciszania się.

Jak powinno wyglądać prawdziwe wyciszenie?

Sam pomysł stworzenia spokojnego miejsca w sali nie jest zły. Wręcz przeciwnie – dzieci potrzebują przestrzeni, w której mogą odpocząć od bodźców. Klucz tkwi jednak w sposobie korzystania z takiego kącika.

Powinien być dostępny dla dziecka zawsze, nie tylko „za karę”. Nie może być zamknięty ani odgrodzony w sposób uniemożliwiający wyjście. I przede wszystkim – dziecko nie powinno być tam wysyłane wbrew swojej woli.

Najważniejsza pozostaje rola dorosłego. To jego spokój, bliskość i wsparcie pomagają dziecku naprawdę się wyciszyć. Bez tego nawet najlepiej nazwany „kącik” może stać się po prostu miejscem izolacji.

Po tej rozmowie z koleżanką trudno było mi przestać o tym myśleć. Bo niezależnie od tego, jaką nazwę nadamy danej praktyce, dla dziecka liczy się jedno: czy w trudnym momencie ktoś jest obok, czy zostaje z tym samo, bez wyjścia.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Jeśli dziecko tak się zachowuje, może mieć niską samoocenę. Trenerka rozwoju osobistego zdradza 3 czerwone flagi

Reklama
Reklama
Reklama