„Dzieci w świetlicy spędzają czas z telefonami. Panie mogłyby się wykazać, zamiast pić kawkę”
Coraz więcej świetlic przypomina poczekalnie z telefonami – dzieci wpatrzone w ekrany, panie zajęte rozmową. Jako rodzice liczymy, że ktoś zorganizuje naszym dzieciom czas, tymczasem one godzinami przewijają filmiki, bo nikt nie proponuje im niczego innego.

Chciałabym poruszyć temat, który w moim odczuciu dotyczy wielu szkół, choć nie wszyscy rodzice mają odwagę o nim mówić głośno. Chodzi o świetlicę szkolną – miejsce, które powinno być bezpieczną przestrzenią dla dzieci, pełną kreatywnych zajęć, ruchu, zabaw i kontaktu z rówieśnikami. Tymczasem coraz częściej zamienia się w… poczekalnię z telefonami.
I niestety, nie jest to wina dzieci. To efekt biernej postawy osób, które – przynajmniej teoretycznie – mają tam organizować czas najmłodszym.
„Proszę odebrać dziecko jak najszybciej, bo się nudzi”
Ostatnio odebrałam córkę trochę później niż zwykle. Weszłam na świetlicę i zamarłam. Cisza jak makiem zasiał, dzieci porozsadzane po kątach, każde z telefonem w ręku. Jedno ogląda TikToka, drugie gra w jakąś strzelankę, trzecie przewija filmiki z kotami.
A panie? Siedzą przy stoliku, popijają kawę i rozmawiają, jakby były na przerwie w pracy biurowej. Nawet nie próbują udawać zainteresowania tym, co robią dzieci.
Kiedy spytałam, czy może jest jakaś planszówka, kolorowanka, cokolwiek, usłyszałam półżartem: „Pani kochana, one tylko telefony by chciały”. Naprawdę? Dzieci „tylko telefony by chciały”? A może po prostu nie mają alternatywy?
Świetlica to nie przechowalnia
Rozumiem, że świetlica nie jest obowiązkowo zajęciami artystycznymi i że panie nie muszą przez cztery godziny organizować występów, konkursów i zabaw ruchowych. Ale chyba nie o to chodzi.
Świetlica powinna być choć trochę atrakcyjna. Powinna oferować dzieciom coś więcej niż czekanie na rodzica z telefonem w ręku. Tymczasem moje dziecko wraca do domu i mówi: „Mamo, świetlica jest nudna. Nikt się nami nie zajmuje”.
To nie jest pojedynczy przypadek – słyszę to samo od innych rodziców. Dzieci spędzają w świetlicy nawet po trzy godziny dziennie. Trzy godziny przewijania TikToka, bo panie nie mają czasu, ochoty albo pomysłu, by zaproponować coś innego.
Czy naprawdę tak trudno się wykazać?
Wystarczyłoby tak niewiele. Kilka planszówek. Wspólne rysowanie. Proste zabawy ruchowe. Czytanie bajek. Puzzle. Budowanie z klocków. Cokolwiek.
Niestety, coraz częściej mam wrażenie, że „cokolwiek” to za dużo. Bo łatwiej jest pozwolić dzieciom wpatrywać się w ekrany, niż zorganizować jakąkolwiek formę aktywności.
Nie oczekuję cudów. Oczekuję tylko tego, by świetlica była miejscem, w którym ktoś naprawdę dba o dzieci. A nie punktem „przechowalni”, w którym rodzice mają nie przeszkadzać, a dzieci – najlepiej, żeby siedziały cicho.
Dlatego proszę, nagłośnijcie ten temat. Niech ktoś w końcu zapyta: czy świetlica ma być wsparciem dla rodzin, czy strefą, w której dorośli popijają kawę, a dzieci toną w ekranach?
Zobacz także: „W grudniu świetlice powinny być czynne również w weekendy”. O nauczycielach nikt nie myśli