Gdy patrzę na dzisiejszą młodzież, ogarnia mnie bezsilność. „Nie wiedzą, do czego służy chodnik”
Wystarczy zwykły spacer, żeby stracić wiarę w elementarne zasady współżycia społecznego. Nie mówię o awanturach czy agresji. Mówię o chodniku. O zwykłym, miejskim chodniku, który dla wielu nastolatków stał się prywatnym wybiegiem.

Codziennie obserwuję to samo. Idę do sklepu, na przystanek, z dzieckiem albo sama. Z naprzeciwka nadciąga grupa nastolatków – cztery, pięć osób. Idą całą szerokością chodnika, ramie w ramię, czasem jeszcze ktoś idzie bokiem, bo akurat nagrywa TikToka. Nie zwalniają. Nie rozglądają się. Nie przychodzi im do głowy, że ktoś może chcieć przejść.
Chodnik to nie wybieg dla paczki znajomych
Zasada chodzenia prawą stroną nie jest żadną fanaberią. To coś, czego uczy się dzieci w podstawówce. Ba, w przedszkolu! A jednak w praktyce wygląda to tak, że to ja mam uskakiwać na trawnik, krawężnik albo między zaparkowane auta.
Najbardziej uderza mnie jedno – kompletna obojętność. Idzie starsza osoba? Matka z wózkiem? Ktoś o kulach? To nie ma znaczenia. Nastolatki idą dalej, rozmawiają, śmieją się, jakby byli sami na świecie.
Tylko dlaczego to zawsze „ktoś” ma ustąpić? Dlaczego nigdy oni?
„My idziemy, reszta się dostosuje”
Zdarzało mi się specjalnie nie schodzić z drogi. I wiecie co? Oni też nie schodzili. W ostatniej chwili ktoś się odbijał ramieniem, ktoś parskał śmiechem, ktoś rzucał komentarz.
– Ale ludzie są jacyś dziwni – powiedziała jedna dziewczyna, mijając mnie o centymetry.
Dziwni, bo chcą przejść chodnikiem zgodnie z zasadami? Dziwni, bo nie chcą ustępować grupie, która zajmuje wszystko?
To nie jest brak wiedzy. To postawa: „my mamy prawo, reszta niech się martwi”.
Rodzice wyręczają, więc dzieci nie czują granic
Coraz częściej myślę, że to efekt wychowania, w którym nie stawia się granic. Rodzice załatwiają wszystko, tłumaczą wszystko, usprawiedliwiają wszystko. Dziecko nie musi się dostosowywać, bo świat ma się dostosować do niego.
Tylko że chodnik nie działa jak domowy salon. Tu są inni ludzie. Różni. Z różnymi potrzebami. I jeśli nastolatek nie nauczy się dziś zrobić kroku w bok, jutro nie zrobi go w żadnej innej sytuacji.
– Przecież nic złego nie robią – powiedział kiedyś ojciec jednego z chłopaków.
Robią. Uczą się ignorowania innych.
Małe rzeczy, wielki problem
To nie jest tekst o nienawiści do młodych. To tekst o zmęczeniu. O poczuciu, że zasady, które kiedyś były oczywiste, dziś wymagają heroizmu. Że trzeba walczyć o kawałek chodnika, o przejście, o zwykły szacunek.
I najbardziej boli mnie to, że ja uczę swoje dziecko, by trzymało się prawej strony, by ustępowało, by patrzyło na innych. A potem wychodzimy na spacer i widzimy, że dorośli ustępują nastolatkom, bo tak jest łatwiej.
Tylko że łatwiej dziś oznacza trudniej jutro.
Zobacz także: „Ta okropna młodzież”? Scena z autobusu dowodzi, że wychowaliśmy cudowne pokolenie