Gdy syn się złości, jak mantrę powtarzam te 2 zdania. Nawet nie podnoszę głosu
Kiedy mój syn wpada w złość, wszystko we mnie krzyczy. Zwłaszcza wtedy, gdy jesteśmy w sklepie, na placu zabaw albo w kolejce do lekarza i czuję na sobie spojrzenia innych. A jednak nauczyłam się, że to właśnie mój spokój robi największą różnicę – nawet wtedy, gdy w środku aż się we mnie gotuje.

Napad złości to nie manipulacja
Przez długi czas myślałam, że napady złości to forma testowania granic. Że dziecko „robi scenę”, żeby coś wymusić. Dopiero kiedy zaczęłam więcej czytać o emocjach dzieci, dotarło do mnie, że w takich momentach mój syn nie manipuluje – on po prostu nie daje sobie rady z tym, co się w nim dzieje.
Jego układ nerwowy jest wtedy kompletnie rozregulowany. Emocje zalewają go jak fala, a on nie ma jeszcze narzędzi, żeby je nazwać, poukładać i wyciszyć. Krzyk, płacz, rzucanie się na podłogę to nie jest zła wola – to sygnał: „jest mi za dużo”.
Wiem, jak bardzo to bywa trudne. Kiedy spieszymy się do przedszkola, a on nagle nie chce włożyć butów. Kiedy w sklepie rozpłakuje się, bo nie kupię kolejnej zabawki. W takich chwilach moje napięcie rośnie w sekundę.
Te dwa zdania zmieniły wszystko
Zauważyłam jednak coś ważnego. Im bardziej ja się nakręcam, tym gorzej on się czuje. Dlatego zaczęłam w kółko powtarzać dwa zdania, jak mantrę.
Pierwsze brzmi: „Widzę, że jest ci bardzo trudno”.
Drugie: „Jestem tu, pomogę ci to przetrwać”.
Nie mówię mu, żeby się uspokoił. Nie moralizuję. Nie straszę konsekwencjami. Po prostu nazywam to, co widzę, i daję mu sygnał, że nie jest z tym sam.
Czasem kucam obok niego, czasem delikatnie go obejmuję, jeśli na to pozwala. Innym razem tylko siedzę obok i oddycham spokojnie, pokazując mu, że nie musi się bać własnych emocji.
Mój spokój to jego kotwica
To, co działa najlepiej, to nie moje słowa, ale mój stan. Jeśli mój głos jest cichy i stabilny, jego układ nerwowy zaczyna się wyciszać. Jeśli ja krzyczę albo się denerwuję, tylko dolewam oliwy do ognia.
Nie zawsze mi wychodzi. Są dni, kiedy jestem zmęczona, przeciążona i mam ochotę wybuchnąć. Ale im częściej wybieram spokój, tym szybciej mój syn wraca do równowagi.
I to jest dla mnie najważniejsza lekcja – dziecko nie potrzebuje perfekcyjnego rodzica. Potrzebuje dorosłego, który potrafi być spokojną przystanią, nawet wtedy, gdy wokół szaleje burza.
Zobacz także: Dziecko się złości i krzyczy? Ono nie jest niegrzeczne, tylko brakuje mu zasobów