Kiedyś dzieci szanowały nauczycieli, dziś pokazują im „six-seven”. Scena w klasie ujawniła smutną prawdę
To miała być zwykła lekcja, jedna z wielu w ciągu dnia. Wystarczył jednak jeden gest ucznia, by obnażyć coś, o czym coraz częściej nauczyciele mówią z niepokojem.

O tej sytuacji opowiedziała mi znajoma nauczycielka. Bez dramatyzowania, bez przesady – raczej z czymś w rodzaju zmęczenia, które trudno ukryć.
W trakcie lekcji jeden z 10-letnich uczniów, zirytowany jej uwagą i prośbą o ciszę, odwrócił się w stronę nauczycielki, wstał i wykonał gest, który dzieci nazywają dziś „six-seven”. Niby żart, niby internetowy kod. W praktyce – jasny komunikat: brak podstawowego szacunku.
Jeden gest, który mówi więcej niż słowa
Najbardziej uderzające nie było jednak samo zachowanie chłopca. W klasie nikt nie zareagował. Nikt nie był zaskoczony. Wręcz przeciwnie − dzieci zaczęły chichotać, parę osób podchwyciło „żart” i zaczęło powtarzać „six-seeeven”. To był jeden z tych momentów, które pokazują, że coś się zmieniło – i to niekoniecznie na lepsze.
Jeszcze kilkanaście lat temu podobna sytuacja wywołałaby natychmiastową reakcję. Dziś coraz częściej przechodzi bez większego echa.
Gdzie zniknął autorytet nauczyciela?
To pytanie wraca jak bumerang. I choć łatwo ulec pokusie prostych odpowiedzi, rzeczywistość jest znacznie bardziej złożona.
Autorytet nauczyciela nie znika z dnia na dzień. To proces, który trwa latami. Składają się na niego zmiany społeczne, sposób wychowania dzieci, ale też język, jakim dorośli mówią o szkole.
Dzieci bardzo uważnie obserwują dorosłych. Słyszą rozmowy w domu, widzą komentarze w internecie, wychwytują emocje. Jeśli nauczyciel jest przedstawiany jako ktoś, kogo słowa można podważać, krytykować, a czasem wręcz lekceważyć – trudno oczekiwać, że w klasie będzie traktowany inaczej.
Do tego dochodzi jeszcze jeden ważny element: granice. Coraz częściej mówi się o podmiotowości dziecka, jego emocjach, prawie do wyrażania siebie. I bardzo dobrze – to ogromna zmiana na plus. Problem zaczyna się wtedy, gdy w tym wszystkim gubimy równowagę.
Bo wyrażanie emocji to jedno, a brak szacunku – coś zupełnie innego.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
To nie tylko problem szkoły
Łatwo byłoby powiedzieć: „To wina dzieci”. Jednak to byłoby zbyt proste.
Szkoła jest tylko odbiciem tego, co dzieje się poza nią. Jeśli dziecko nie uczy się granic w domu, nie nauczy się ich nagle w klasie. Jeśli nie widzi szacunku w codziennych relacjach dorosłych, trudno oczekiwać, że samo zacznie go okazywać.
Znajoma nauczycielka powiedziała coś, co długo nie daje mi spokoju: „My już nie walczymy o wyniki. My walczymy o podstawowe zasady”.
I to zdanie pokazuje skalę problemu. Bo jeśli szkoła musi zaczynać od fundamentów, to znaczy, że coś wcześniej poszło nie tak.
Nie chodzi o to, by wracać do dawnych czasów i bezrefleksyjnego posłuszeństwa. Chodzi o coś znacznie prostszego – o wzajemny szacunek. O świadomość, że druga osoba, nawet jeśli stawia granice, zasługuje na podstawową kulturę.
Ta jedna scena z klasy nie jest odosobniona. To raczej sygnał, że pewne granice zaczynają się rozmywać.
I może właśnie dlatego warto się zatrzymać i zadać sobie niewygodne pytanie: czego tak naprawdę uczymy dzieci na co dzień? Bo odpowiedź widać później nie tylko w domu, ale też – bardzo wyraźnie – w szkolnej ławce.
Zobacz też: Dzieci łapią jedynkę za jedynką, a rodzice są wściekli. Nauczycielka: „To nie jest moja wina”