„Main character syndrome” to plaga naszych czasów. Gdy nasze dzieci dorosną, będzie za późno
Coraz częściej mam wrażenie, że dzieci uczą się jednego bardzo wcześnie: to ty jesteś najważniejszy, reszta to tło. Brzmi niewinnie? W praktyce prowadzi do świata, w którym empatia przegrywa z potrzebą bycia w centrum.

Termin „main character syndrome” funkcjonuje dziś głównie w mediach społecznościowych. Opisuje sposób myślenia, w którym ktoś postrzega siebie jako głównego bohatera, a innych ludzi jako statystów w swoim życiu. I choć brzmi jak modny internetowy żart, coraz częściej widać go w codziennym zachowaniu dzieci i nastolatków.
„To moje emocje są najważniejsze”
Współczesne rodzicielstwo bardzo mocno skupia się na emocjach dziecka. Uczymy nazywania uczuć, dbania o komfort psychiczny, stawiania granic. To wszystko jest potrzebne. Problem zaczyna się wtedy, gdy dziecko słyszy tylko jedno: twoje emocje są najważniejsze.
W praktyce oznacza to, że:
- nie musi czekać, bo to dla niego trudne
- nie musi ustępować, bo to go frustruje
- nie musi się dostosowywać, bo „ma prawo czuć”.
Dziecko szybko uczy się, że świat ma reagować na jego potrzeby natychmiast. A inni ludzie? Są dodatkiem. Przeszkodą. Tłem.
Dom, w którym dziecko gra główną rolę
W wielu domach życie kręci się wokół grafiku dziecka. Jego zajęć, humorów, nastrojów, potrzeb. Dorośli rezygnują, dostosowują się, czekają. Nie ma w tym nic złego – dopóki dziecko widzi, że nie jest jedyną ważną osobą w tej historii.
Problem pojawia się wtedy, gdy nigdy nie musi:
- poczekać na swoją kolej
- uwzględnić cudzych granic
- zaakceptować, że ktoś ma gorzej, trudniej, inaczej.
Wtedy wyrasta w przekonaniu, że jego perspektywa jest jedyną słuszną. Jak u głównego bohatera filmu.
Szkoła i przestrzeń publiczna jako scenografia
„Main character syndrome” widać szczególnie w przestrzeni wspólnej. Na chodniku, w sklepie, w szkole. Grupa nastolatków idąca całą szerokością przejścia. Dziecko, które przerywa dorosłym. Młody człowiek, który nie widzi potrzeby przeprosin, bo „przecież nic złego nie zrobił”.
To nie jest złośliwość. To brak świadomości, że inni ludzie też są bohaterami własnych historii.
Jeśli nikt wcześniej nie nauczył dziecka, że świat nie jest jego planem zdjęciowym, trudno oczekiwać, że samo to odkryje.
Gdzie zgubiliśmy równowagę?
Chcieliśmy wychować dzieci pewne siebie. Udało się. Czasem aż za bardzo. Zabrakło drugiego elementu: odpowiedzialności za innych. Empatii. Umiejętności cofnięcia się o krok.
Bo zdrowa pewność siebie nie polega na byciu w centrum. Polega na tym, że potrafię być ważny, nie umniejszając innym.
Główny bohater też musi nauczyć się schodzić ze sceny
To nie jest tekst przeciwko dzieciom. To tekst o nas, dorosłych. O tym, jak łatwo pomylić wspieranie z budowaniem przekonania, że wszystko się należy.
Świat nie jest filmem z jednym bohaterem. Jest opowieścią wielu ludzi, którzy muszą się nawzajem widzieć. Jeśli tego nie nauczymy dzieci dziś, jutro będą głównymi bohaterami bardzo samotnych historii.
Zobacz także: Po tych dwóch zdaniach poznasz, że twoje dziecko jest wysoko wrażliwe. Łatwo je zignorować