Reklama

Jeszcze kilkanaście lat temu świetlica czynna do 16:00 wydawała się czymś normalnym. Dziś coraz więcej rodziców pracuje zmianowo, dojeżdża do pracy albo kończy obowiązki dużo później. Efekt? Dziecko kończy lekcje o 13:00, a rodzic zaczyna nerwowo szukać kogoś, kto je odbierze ze świetlicy o 16.

„Pracuję do 18. Kto ma odebrać moje dziecko?”

– Świetlica w szkole mojego syna działa do 15:45, to niewielka miejscowość. Ja kończę pracę o 17:30, a potem jeszcze muszę dojechać. Codziennie proszę babcię, sąsiadkę albo koleżankę. Czuję się, jakbym co dzień organizowała akcję ratunkową – mówi mama ucznia z drugiej klasy.

Takich rodzin jest coraz więcej. Wielu rodziców nie ma dziadków na miejscu, nie stać ich na opiekunkę albo zwyczajnie nie mają komu zostawić dziecka. Tymczasem świetlice w wielu szkołach świecą pustkami już późnym popołudniem, bo kończą pracę wtedy, gdy większość rodziców wciąż jest w pracy.

Coraz częściej pojawiają się więc głosy, że świetlice powinny być czynne przynajmniej do 18:00, a nawet do 20:00. Już jakiś czas temu MEN podjął temat otwarcia świetlic nawet przez 12 godzin dziennie.

Rodzice chcą dłuższych godzin. Inni mówią: „To już przechowalnia”

Pomysł wydłużenia pracy świetlic budzi ogromne emocje. Dla części rodziców to jedyne realne wsparcie. Inni uważają, że szkoła nie powinna zastępować domu do późnego wieczora.

– Nie chcę, żeby moje dziecko siedziało w szkole do 20:00. To nie jest normalne. Ale jeśli mam wybór między tym a zostawieniem córki samej w domu, to wybieram świetlicę – przyznaje mama 8-latki.

Rodzice podkreślają, że problem nie wynika z ich wygody, ale z tego, jak wygląda współczesna praca. Nie każdy może wyjść z biura o 15:00, pracować zdalnie albo liczyć na pomoc bliskich.

W sieci coraz częściej pojawiają się głosy, że szkoły nadal działają według zasad sprzed kilkudziesięciu lat, choć życie rodzin wygląda zupełnie inaczej. „Nie wszyscy mają babcie i ciocie na zawołanie” – piszą rodzice. Wielu z nich uważa, że świetlica nie powinna być dodatkiem, ale normalnym wsparciem dla rodzin pracujących do późna.

Nie brakuje jednak przeciwników takiego rozwiązania. Część rodziców i nauczycieli uważa, że wydłużanie godzin do 20.00 zamieni świetlice w „przechowalnie”, a dzieci będą spędzać poza domem po 10–12 godzin dziennie. Taki argument pojawia się coraz częściej przy okazji dyskusji o planowanych zmianach.

„Świetlica to nie tylko siedzenie przy stoliku”

Jest jeszcze jeden problem. Wielu rodziców uważa, że nawet jeśli świetlice będą działały dłużej, powinny też wyglądać inaczej niż dziś.

– Mój syn mówi, że po lekcjach dzieci siedzą przy stolikach, a panie każą im być cicho. Nie ma zabaw, nie ma ruchu, nie ma pomysłów. Jeśli dziecko ma spędzać tam kilka godzin, to świetlica nie może być tylko poczekalnią – mówi mama trzecioklasisty.

Rodzice coraz częściej zwracają uwagę, że świetlice są przepełnione, brakuje w nich materiałów, gier i zajęć. W wielu szkołach nauczyciele opiekują się jednocześnie kilkudziesięciorgiem dzieci. Nic dziwnego, że trudno wtedy zorganizować coś więcej niż odrabianie lekcji i siedzenie przy stoliku.

Zdarza się, że same rady rodziców organizują zbiórki na kredki, gry i książki, bo szkoła nie ma na to pieniędzy. Rodzice nie chcą jednak tylko dłuższych godzin. Chcą mieć pewność, że dziecko będzie tam bezpieczne, zajęte i zaopiekowane, a nie po prostu przeczeka do wieczora.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Szkoła to laboratorium wstydu. „Najgorsze są te sekundy, gdy wszyscy patrzą”

Reklama
Reklama
Reklama