Reklama

Mój syn ma 5 lat. Jest jeszcze w przedszkolu, ale już teraz widzę, że jest inny niż większość dzieci w jego wieku.

Nie chodzi o to, że umie czytać czy liczyć do stu. Chodzi o sposób, w jaki patrzy na świat. Zadaje pytania, na które czasem sama nie umiem odpowiedzieć. Potrafi przez godzinę siedzieć nad atlasem kosmosu, a potem nagle zapytać, dlaczego ludzie są niemili dla tych, którzy są „dziwni”.

Buduje niesamowite konstrukcje, wymyśla własne historie, pamięta rzeczy, o których rozmawialiśmy miesiące wcześniej. Jest bardzo wrażliwy, bardzo bystry i bardzo intensywny.

I właśnie dlatego już dziś wiem, że nie poślę go do zwykłej publicznej szkoły.

„W publicznej szkole sobie poradzi”

Wszyscy mi to mówią.

„Nie przesadzaj”.

„Przecież dzieci zawsze sobie radziły”.

„Nie rób z niego geniusza”.

Tylko że ja nie próbuję zrobić z mojego syna geniusza. Ja po prostu nie chcę, żeby ktoś wmówił mu, że ma przestać zadawać pytania. Że ma siedzieć cicho. Że ma robić wszystko dokładnie tak samo jak reszta.

Kiedy rozmawiam z rodzicami starszych dzieci, słyszę ciągle to samo. Że najbardziej cierpią te dzieci, które odstają. Nie tylko te słabsze. Także te bardziej wrażliwe, bardziej ciekawe, bardziej bystre.

Bo w polskiej szkole bardzo często nie ma miejsca na indywidualność. Jest za to miejsce na „nie wychylaj się”, „nie przeszkadzaj”, „zrób tak jak wszyscy”. A mój syn nie jest „jak wszyscy”. Nie chcę, żeby nauczył się udawać, że jest.

Nie chcę, żeby wracał do domu i mówił: „Mamo, już się nie zgłaszam”

Najbardziej boję się właśnie tego.

Że za kilka lat wróci do domu i powie mi, że już nie opowiada pani o dinozaurach, bo dzieci się śmieją. Że nie zgłasza się na lekcji, choć zna odpowiedź, bo koledzy mówią, że się wymądrza. Że przestanie rysować, wymyślać i pytać.

Widzę to już teraz u starszych dzieci znajomych. Jeszcze kilka lat temu były odważne, ciekawe, pełne pasji. A dziś? Chcą tylko nie odstawać.

Publiczna szkoła bardzo często nie rozwija takich dzieci. Ona je uśrednia. W klasie liczącej prawie 30 osób nikt nie będzie miał czasu, żeby usiąść z moim synem i powiedzieć: „Widzę, że interesuje cię kosmos. Chodź, pokażę ci coś jeszcze”.

Raczej usłyszy: „Teraz robimy to, co reszta”.

A ja nie chcę, żeby całe dzieciństwo słyszał, że ma być mniejszy, cichszy i wygodniejszy.

Nie chodzi o prestiż. Chodzi o to, żeby go nie zgasić

Nie marzę o elitarnej szkole, mundurkach i rodzicach, którzy chwalą się wakacjami w Hiszpanii. Chcę po prostu znaleźć miejsce, w którym ktoś zobaczy w moim synu człowieka, a nie kolejny numer w dzienniku.

Szkołę, w której nie będzie musiał się dopasowywać za wszelką cenę. W której nauczyciel nie przewróci oczami, kiedy zada kolejne pytanie. Wiem, że nie każda publiczna szkoła jest zła i nie każda prywatna jest dobra. Ale wiem też, że nie chcę zdawać się na przypadek.

Bo jeśli już dziś widzę, jaki potencjał ma moje dziecko, to moim obowiązkiem jest zrobić wszystko, żeby go nie straciło. I jeśli ktoś uważa, że przesadzam, trudno.

Wolę być matką, która „przesadza”, niż taką, która za kilka lat usłyszy od własnego dziecka: „Mamo, kiedyś byłem inny, ale nauczyłem się, że lepiej tego nie pokazywać”.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Zabrała dziecko z prywatnej szkoły. „Zaczęło się dokuczanie, bo nie latamy do Włoch co weekend”

Reklama
Reklama
Reklama