Moja córka nie wygrała konkursu plastycznego. I… poczułam ulgę
Brzmi dziwnie? Dziś wiem, że ta porażka była jej największym prezentem.

Kiedy przyszła do mnie z informacją, że „znowu ktoś inny wygrał”, poczułam coś, czego matki podobno nie powinny czuć. Nie złość, nie żal, nie chęć natychmiastowego działania. Tylko… ulgę. I dopiero potem zrozumiałam, skąd ona się wzięła.
Dlaczego tak bardzo chcemy, żeby nasze dzieci wygrywały?
Jest we mnie część, która przez lata żyła na ocenach, dyplomach, wyróżnieniach. Część, której nikt nie nauczył, że wartość człowieka nie zależy od miejsca na podium. Kiedy więc moje własne dzieci stają do konkursów, coś we mnie automatycznie odpala ten dobrze znany tryb „zrób wszystko, żeby wygrać”. Jakby zwycięstwo było przepustką do lepszego życia, do większej pewności siebie, do czegokolwiek.
Tymczasem moja córka wróciła z przedszkola spokojna, pogodzona, trochę zmęczona – a ja… byłam gotowa na emocjonalny rollercoaster, którego w ogóle nie potrzebowała. I właśnie wtedy poczułam ulgę. Bo ten „brak wygranej” pokazał mi coś bardzo ważnego o niej. I o mnie.
Dzieci nie potrzebują podium. Potrzebują przestrzeni
Pomyślałam: „Ona naprawdę nie musi być najlepsza w plastyce. Nie musi być najlepsza w niczym. Ja też nie muszę mieć dziecka, które wszyscy chwalą”.
Ulga przyszła z miejsca, w którym po raz pierwszy nie próbowałam interpretować jej doświadczenia przez pryzmat własnych dziecięcych ran. Zamiast zastanawiać się, czy to nie wpływa na jej samoocenę, po prostu ją zapytałam:
– I jak się czujesz?
Wzruszyła ramionami.
– Normalnie. I tak lubię rysować.
Nic o wstydzie. Nic o stresie. Nic o poczuciu gorszości. Tylko beztroska, której ja jako dziecko prawie nie pamiętam.
Porażka, która niczego nie zabrała. A wiele dała
Patrzyłam na nią i myślałam: „Jak dobrze, że ona nie ma jeszcze wdrukowanego, że świat kończy się tam, gdzie ktoś inny jest lepszy”.
Tak wiele dzieci wchodzi w szkolne i przedszkolne realia jak w tor przeszkód. Tak wiele słyszy o tym, że warto próbować dla wyniku, a nie dla przyjemności. A przecież konkurs plastyczny – z całym szacunkiem – nie jest egzaminem z życia. To zabawa. Doświadczenie. Sposób na wyrażenie siebie. A nie test tego, czy ktoś „się nadaje”.
I wtedy dotarło do mnie, że ta ulga mówiła o mnie
Ulga przyszła, bo zrozumiałam, że jej porażka nie jest moją porażką. Że nie muszę już napinać się, żeby coś udowadniać – światu, rodzinie, innym matkom, samej sobie.
Moja córka pokazała mi coś, czego sama uczę się dopiero jako dorosła kobieta: że nie wszystko trzeba wygrywać. Że można po prostu lubić to, co się robi.
Że wartość nie spada tylko dlatego, że ktoś inny dostał dyplom. To była jej lekcja. Ale także moja. I jeśli mam być szczera – bardzo się cieszę, że nie wygrała. Bo dzięki temu obie wygrałyśmy coś o wiele większego.