Reklama

Byłam w weekend w galerii handlowej, robiłam przedświąteczne zakupy. Spożywka, prezenty, szybki rzut oka na pierwsze wyprzedaże w sieciówkach. Tłok, hałas, ludzie przepychający się w każdą stronę. To wszystko było męczące, ale nie to sprawiło, że miałam ochotę krzyczeć. Najbardziej zirytowało mnie zachowanie nastolatków. Przykro mi, ale inaczej tego nie nazwę – jak bydło.

Drzwi obrotowe – pierwszy test kultury

Zaczyna się już przy wejściu. Drzwi obrotowe w galerii to żadna nowość. Każdy wie, że gdy wejdzie za dużo osób naraz, wszystko się blokuje. Każdy… poza grupami nastolatków, które pchają się na siłę, jakby od odczekania 15 sekund miało im coś uciec.

Drzwi skrzeczą, zatrzymują się, ludzie stają jeden na drugim, a winni sytuacji tylko przewracają oczami i prychają z pretensją. Zero refleksji, zero „przepraszam”, zero świadomości, że wokół są inni – starsi, młodsi, rodzice z dziećmi, osoby z zakupami.

Dla mnie to nie jest „młodzieńczy luz”. To brak podstawowych zasad funkcjonowania w przestrzeni publicznej.

Przepychanki, śmiech i kompletna obojętność

W środku jest tylko gorzej. Grupy nastolatków idą środkiem korytarza, zajmując całą szerokość. Nie ustąpią, nie zrobią kroku w bok. Ktoś musi zejść z drogi – najlepiej dorosły. Albo kobieta z torbami. Albo starsza osoba.

Słyszę ich śmiech i mam wrażenie, że to jakiś społeczny eksperyment. Jak daleko można się posunąć w braku empatii i nadal uważać, że wszystko jest w porządku?

To nie jest kwestia „bo oni są młodzi”. To kwestia tego, że nikt ich nie nauczył, że w przestrzeni wspólnej nie są sami.

Gdzie się podziały podstawowe zasady?

Najbardziej boli mnie jedno – ja wychowuję pięciolatka. Uczę go mówić „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”. Uczę, że drzwi się przytrzymuje, że nie pcha się ludzi, że czeka się na swoją kolej. I patrzę na nastolatków, którzy te zasady najwyraźniej ominęli.

– To tylko dzieci – mówią niektórzy.

Nie, to już nie dzieci. To młodzi ludzie, którzy za chwilę będą dorosłymi. I jeśli dziś nie potrafią korzystać z drzwi obrotowych, to mam prawo martwić się, jak będą funkcjonować w pracy, w relacjach, w społeczeństwie.

Po wyjściu z galerii nie czułam ulgi. Czułam frustrację. Bo to nie był jeden incydent, tylko powtarzalny schemat. I coraz częściej mam wrażenie, że problemem nie są nastolatki same w sobie. Problemem jest to, że nikt od nich niczego nie wymaga.

Zobacz także: Współczesne pokolenie nastolatków nie przetrwa. Wystarczy pójść do galerii handlowej

Reklama
Reklama
Reklama