Nauczycielka prosi, żeby dzieci zwracały się do niej jednym słowem. Matka: „Za moich czasów było inaczej”
Do naszej redakcji przyszedł list od mamy trzylatka, który od kilku miesięcy chodzi do przedszkola. To jej pierwsze dziecko, dlatego wiele sytuacji w placówce wciąż ją zaskakuje. Największe zdziwienie wywołała jednak prośba nauczycielek, by dzieci zwracały się do nich per „ciociu”.

Kiedy na zebraniu organizacyjnym usłyszałam, że dzieci w naszej placówce mówią do nauczycielek „ciociu”, byłam przekonana, że to żart. Za moich czasów mówiło się „proszę pani”. Nauczycielka była nauczycielką – osobą ciepłą, ale jednak w wyraźnej roli zawodowej.
Tymczasem tutaj od początku podkreślano, że forma „ciocia” buduje bliskość, skraca dystans i daje dzieciom poczucie bezpieczeństwa. Może i tak. Tylko ja mam z tym wewnętrzny problem.
Bo kim jest dla mojego syna ta osoba? To nie jego ciocia. To wykwalifikowana nauczycielka wychowania przedszkolnego. Dlaczego więc mamy udawać, że to ktoś z rodziny?
Bliskość czy zacieranie granic?
Rozumiem, że trzylatkowi łatwiej powiedzieć jedno słowo niż „proszę pani”. Rozumiem też, że w przedszkolu chodzi o ciepłą atmosferę. Ale czy naprawdę jedyną drogą do niej jest udawanie rodzinnych relacji?
Dla mnie słowo „ciocia” ma konkretne znaczenie – to siostra mamy albo taty, ktoś bliski, z kim łączy nas więź. W przedszkolu mamy relację zawodową. Pełną empatii, troski i odpowiedzialności, ale jednak formalną.
Kiedy zapytałam dyrekcję, czy moje dziecko może mówić „proszę pani, usłyszałam, że w grupie obowiązuje jedna forma i dobrze byłoby się jej trzymać, żeby nie wprowadzać zamieszania. I tu zapaliła mi się czerwona lampka.
Czy naprawdę trzylatek nie poradzi sobie z dwiema formami grzecznościowymi? A może chodzi raczej o wygodę i ujednolicenie wszystkiego pod jeden schemat?
Za moich czasów było inaczej – i może to nie przypadek
Nie twierdzę, że przedszkole robi coś złego. Widzę zaangażowanie nauczycielek, ich cierpliwość, troskę o dzieci. Ale im dłużej o tym myślę, tym bardziej mam wrażenie, że trochę przesadzamy z tą sztuczną bliskością.
Chcę, żeby mój syn wiedział, że można być serdecznym i jednocześnie zachować pewien dystans. Że szacunek nie oznacza chłodu, a profesjonalizm nie wyklucza ciepła.
Kiedy słyszę, jak mówi „ciociu, zobacz, czuję lekki zgrzyt. Może to tylko sentyment do dawnych zasad. A może intuicja, że pewne granice – nawet w przedszkolu – warto jednak zostawić wyraźne.
Może czasy się zmieniły. Ale nie jestem pewna, czy każda zmiana automatycznie oznacza coś lepszego.
Zobacz także: Przyznała, że jej syn nie znosi leżakowania. „Panie go zmuszają, bo chcą mieć czas na picie kawy”