Reklama

Uczę od prawie dwudziestu lat. Widziałam już naprawdę wiele. Uczniów, którzy spali na lekcji. Takich, którzy odmawiali odpowiedzi. Takich, którzy trzaskali drzwiami i wychodzili z klasy. Ale czegoś takiego jeszcze nie słyszałam.

Poprzedniego dnia zadałam krótką pracę domową. Dosłownie kilka zdań do napisania. Nic wielkiego, może 10 minut pracy. Chciałam tylko sprawdzić, czy uczniowie zrozumieli temat. Podeszłam do jednego z chłopców i spokojnie zapytałam:

– Masz zadanie?

Spojrzał na mnie, wzruszył ramionami i powiedział:

– Nie.

Zapytałam więc, dlaczego go nie zrobił. I wtedy usłyszałam:

– Bo pani nie ma prawa zadawać prac domowych. Taka pani mądra, a przepisów nie zna? A co mi pani zrobi?

W klasie zrobiło się cicho. Nawet ci uczniowie, którzy zwykle się śmieją i komentują wszystko półgłosem, zamilkli. Ten chłopiec siedział i patrzył na mnie z wyzywającą miną. Jakby czekał, co odpowiem. Przez chwilę naprawdę nie wiedziałam.

Nie chodziło o zadanie. Chodziło o ton

Wiem, że przepisy się zmieniły. Wiem, że prace domowe nie są obowiązkowe i nie można ich oceniać. Ale to nie znaczy, że nauczyciel nie może poprosić ucznia o wykonanie prostego ćwiczenia albo zachęcić go do powtórzenia materiału w domu.

Tylko że mnie najbardziej zabolało coś innego. Nie to, że nie miał zadania. Nie to, że znał przepisy. Tylko sposób, w jaki to powiedział.

Naprawdę do tego doszliśmy? Coraz częściej mam wrażenie, że uczniowie nie traktują nauczyciela jak człowieka, tylko jak przeciwnika. Kogoś, kogo trzeba przechytrzyć, wyśmiać albo sprawdzić, gdzie są jego granice.

Wiem, że zaraz ktoś napisze: „Dzieci zawsze były bezczelne”. Nie. Były różne. Ale kiedyś, nawet jeśli uczeń czegoś nie zrobił, to było mu głupio. Próbował się tłumaczyć, przepraszał, czasem wymyślał najdziwniejsze historie o psie, babci i zgubionym zeszycie.

Dziś coraz częściej słyszę: „Nie chciało mi się”. „Nie muszę”. „I co pani zrobi?”.

Wyszłam z klasy, bo wiedziałam, że za chwilę powiem za dużo

Poczułam, jak robi mi się gorąco. Byłam zła, ale chyba jeszcze bardziej było mi zwyczajnie przykro. Odłożyłam dziennik, powiedziałam klasie, żeby przez chwilę siedzieli cicho, i wyszłam na korytarz.

Stałam tam może dwie minuty. Oddychałam i próbowałam się uspokoić. Wiedziałam, że jeśli zostanę w tej klasie jeszcze chwilę, to powiem coś, czego potem będę żałowała.

Najgorsze było to, że kiedy wróciłam, kilku uczniów patrzyło na mnie ze współczuciem. Jedna dziewczynka powiedziała po lekcji:

– Proszę pani, to było chamskie.

I chyba właśnie to zabolało mnie najbardziej. Że dzieci lepiej od dorosłych rozumieją czasem, gdzie kończy się zwykła rozmowa, a zaczyna brak szacunku.

Nie chcę, żeby nauczyciel bał się odezwać

Nie oczekuję, że uczniowie będą zawsze grzeczni, idealni i zachwyceni każdą lekcją, ale chciałabym, żeby pamiętali, że po drugiej stronie też stoi człowiek. Zmęczony. Zestresowany. Taki, który też może mieć gorszy dzień.

W ostatnich miesiącach coraz częściej słyszę od koleżanek, że boją się zwracać uczniom uwagę. Bo zaraz usłyszą, że „nie mają prawa”, że „rodzice napiszą do dyrekcji” albo że „to nie jest obowiązkowe”.

Może dlatego coraz więcej nauczycieli po prostu odpuszcza. A potem wszyscy dziwią się, że w szkołach nie ma autorytetów. Jak mają być, skoro za zwykłe pytanie o zadanie domowe nauczyciel słyszy: „A co mi pani zrobi?”.

Komentarz redakcji

Zmiana przepisów dotyczących prac domowych nie oznacza, że uczniowie mogą mówić do nauczycieli wszystko. Szacunek powinien działać w obie strony – niezależnie od tego, kto ma rację.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Mogą nawet siedzieć w telefonach”. Rodzice chcą, by świetlice były otwarte do 20

Reklama
Reklama
Reklama