Reklama

Kiedyś „dobre dziecko” kojarzyło się z czerwonym paskiem, dyplomem, zajęciami dodatkowymi w każdy dzień tygodnia i kalendarzem wypełnionym jak u menedżera wyższego szczebla. Dziś coraz częściej łapię się na tym, że gdy słyszę: „On ma tyle talentów, ciągle gdzieś pędzi!”, to zamiast zachwytu czuję niepokój. Bo widzę także zmęczenie, napięcie, bezsenność i lęk, który pojawia się wtedy, gdy wszystko musi być „naj”.

Przez lata byłam w środku tej machiny – jako mama, ale też jako dziennikarka opisująca rodzicielskie trendy. I wiem jedno: dzieci płacą wysoką cenę za bycie „najlepszym”. Ceną jest czas, którego nie mają na nudę, na błądzenie, na poznawanie siebie. Ceną jest też lęk: czy następnym razem też dam radę? A jeśli nie – to kim wtedy będę?

Kiedy ambicja zaczyna boleć

Nie mam nic przeciwko ambicji. Ambicja może być piękną siłą napędową. Problem zaczyna się wtedy, gdy ambicja myli się z lękiem – lękiem rodzica, że jego dziecko „zostanie w tyle”, „nie poradzi sobie”, „nie odniesie sukcesu”. Ten lęk potrafi być bardzo cichy, ale rządzi naszymi decyzjami. I zanim się zorientujemy, wpychamy dzieci tam, gdzie wcale nie chcą być.

Zdarzało mi się siedzieć na szkolnych występach i zauważać, że niektóre dzieci nie grają dla siebie, tylko dla czyjegoś spojrzenia z ostatniego rzędu. Zdarzało mi się też słuchać rodziców, którzy szepczą: „Mogła lepiej”, zamiast zapytać: „Jak się czułaś na scenie?”. To subtelna różnica, która zmienia wszystko.

Coraz więcej rodziców mówi: „wystarczy”

I tu pojawia się nowe rodzicielstwo. Takie, które mówi: moje dziecko nie musi być najlepsze. Wystarczy, że będzie wystarczające. Że będzie znało swoje granice. Że będzie potrafiło odpoczywać. Że będzie umiało powiedzieć „nie”. Że będzie umiało przegrywać, nie tracąc poczucia wartości.

To rodzicielstwo, które nie traktuje dzieciństwa jak inwestycji, ale jak przestrzeń do dojrzewania. I wcale nie jest łatwe, bo wymaga od nas – dorosłych – ogromnej pracy. Musimy zmierzyć się z własnym wewnętrznym głosem, który często powtarza: „Jeszcze trochę, jeszcze lepiej, jeszcze szybciej”.

Ja też uczę się mówić sobie: Wystarczy. Naprawdę wystarczy.

Dzieci, które są „wystarczające”, są… spokojniejsze

Czy to działa? Widzę to w codzienności. Dzieci, które czują, że nie muszą udowadniać swojej wartości, są bardziej odważne – bo wiedzą, że mogą popełniać błędy. Są ciekawsze świata – bo nikt nie popycha ich w jedyną „słuszną” stronę. Są też bardziej uważne – bo mają czas, by zatrzymać się i posłuchać siebie.

Nie oznacza to, że rezygnujemy z nauki, pasji czy rozwoju. Oznacza to tylko (a może aż), że przestajemy mierzyć dzieci w punktach i procentach. Że pytamy: „Jak się z tym czujesz?”, a nie: „Jak ci poszło?”. Że dajemy przestrzeń na bycie średnim – w tym świecie to wcale nie jest mało.

A co z przyszłością?

Najczęstszy argument brzmi: „Świat jest brutalny. Muszą być najlepsi, żeby przetrwać”. Tylko że świat zmienia się szybciej, niż nam się wydaje. Coraz bardziej liczy się odporność psychiczna, umiejętność współpracy, empatia, kreatywność. A tego nie da się wytrenować w atmosferze ciągłej presji.

Chcę więc, żeby moje dzieci były… spokojne. Żeby umiały odpoczywać. Żeby wiedziały, że nie muszą być najlepsze, żeby zasługiwać na miłość. Bo jeśli to będą wiedziały, poradzą sobie nawet wtedy, gdy świat naprawdę przyciśnie.

I może właśnie w tym tkwi prawdziwa rewolucja nowoczesnego rodzicielstwa. Nie w kolejnych metodach, trendach i poradnikach. Tylko w cichym, ale bardzo odważnym zdaniu:

„Nie chcę, żeby moje dziecko było najlepsze. Chcę, żeby było sobą”.

Reklama
Reklama
Reklama