Reklama

Piszę do Państwa, bo od kilku dni nie daje mi to spokoju. Zawsze uważałam szkolną świetlicę za bezpieczne miejsce, w którym dzieci mogą spokojnie poczekać na rodziców po lekcjach. Teraz zaczynam się zastanawiać, czy naprawdę tak jest.

Mam siedmioletniego syna, chodzi do drugiej klasy. Oboje z mężem pracujemy, więc syn zostaje po lekcjach w świetlicy. Nigdy wcześniej nie miałam z tym problemu. Wiedziałam, że to normalne – wiele dzieci zostaje tam do czasu, aż rodzice skończą pracę.

Kilka dni temu przyszłam jednak odebrać go trochę wcześniej niż zwykle. I to, co zobaczyłam w sali świetlicowej, naprawdę mnie zaskoczyło.

W świetlicy panował chaos

Kiedy weszłam do sali, przez chwilę myślałam, że trafiłam do jakiegoś miejsca bez żadnych zasad. Jedne dzieci biegały między stolikami, inne krzyczały, ktoś się przepychał, ktoś płakał.

W kącie siedziała grupa dzieci wpatrzona w telefony. Kilku chłopców skakało po krzesłach, jakby to był plac zabaw.

Najbardziej zdziwiło mnie jednak to, że w całej sali była tylko jedna pani.

Nie twierdzę, że ona nic nie robiła – co chwilę zwracała komuś uwagę, próbowała uspokajać dzieci, ale miałam wrażenie, że zwyczajnie nie jest w stanie nad tym wszystkim zapanować.

A dzieci było naprawdę dużo.

Syn powiedział, że tak jest prawie codziennie

Kiedy wyszliśmy ze szkoły, zapytałam syna, czy tak wygląda świetlica codziennie. Odpowiedział, że właściwie tak.

Powiedział mi, że często dzieci się kłócą, przepychają albo biegają po sali. Czasem ktoś płacze, bo ktoś inny zabrał mu zabawkę albo popchnął.

Najbardziej zaskoczyło mnie jednak to, że syn powiedział coś jeszcze: że dzieci bardzo często siedzą z telefonami.

Przyznam szczerze, że byłam przekonana, że w świetlicy raczej zachęca się dzieci do zabawy, rysowania, czytania książek czy grania w gry planszowe.

Tymczasem wygląda na to, że coraz częściej każde dziecko zajmuje się po prostu swoim telefonem.

szkoła
Mama była zaskoczona tym, co zastała w szkolnej świetlicy, fot. AdobeStock/Syda Productions

Świetlica powinna być spokojnym miejscem

Nie mam pretensji do nauczycieli ani wychowawców świetlicy. Widzę, że mają bardzo trudną pracę. Kiedy w jednej sali jest kilkanaścioro albo więcej dzieci w różnym wieku, trudno utrzymać idealny porządek.

Ale mimo wszystko uważam, że świetlica powinna być miejscem, w którym dzieci czują się bezpiecznie i spokojnie.

Tymczasem mam wrażenie, że dla wielu dzieci to po prostu bardzo głośne pomieszczenie, w którym każdy robi, co chce.

Może problemem jest zbyt duża liczba dzieci w jednej grupie. Może brakuje wychowawców. A może po prostu wszyscy przyzwyczailiśmy się do tego, że świetlica „jakoś działa” i przestaliśmy o tym myśleć.

Zaczęłam się zastanawiać, czy ktoś to kontroluje

Najbardziej niepokoi mnie jednak jedna rzecz – czy ktoś w ogóle sprawdza, jak naprawdę wygląda codzienność w szkolnych świetlicach?

Rodzice przyprowadzają dzieci rano albo odbierają je po pracy i często nawet nie zaglądają do środka. Zakładamy, że wszystko jest w porządku.

Ja też tak myślałam. Dopiero kiedy zobaczyłam to na własne oczy, zaczęłam się zastanawiać, czy rzeczywiście ktoś nad tym wszystkim panuje.

Nie piszę tego listu po to, żeby kogoś krytykować. Wiem, że nauczyciele i wychowawcy robią, co mogą.

Ale może warto głośniej mówić o tym, że świetlice są przepełnione, a dzieci spędzają tam czas w warunkach, które nie zawsze przypominają spokojne miejsce do odpoczynku po lekcjach.

Z pozdrowieniami,

Ada


Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz też: 4 fundamenty poczucia wartości u dziecka. Psycholog: „Gdy ich zabraknie, wychowamy narcyza”

Reklama
Reklama
Reklama