Reklama

Nie jestem matką, która oczekuje, że dziecko wróci z walizką zapakowaną jak w dniu wyjazdu. Wiem, że zimowisko to śnieg, błoto pośniegowe, mokre rękawiczki i zmęczenie. Ale to, co zobaczyłam po otwarciu bagażu, przerosło moje wyobrażenia.

Wszystko było wrzucone luzem – mokre ubrania wymieszane z czystymi, brudne skarpetki wciśnięte w rękawy bluz, kosmetyczka otwarta, pasta do zębów rozgnieciona między legginsami. Kurtka narciarska – jeszcze wilgotna – zgnieciona na dnie. O resztkach przekąsek i cudzych majtkach (to nie eufemizm!) nawet nie mówię.

To nie był „lekki nieład”. To był kompletny brak kontroli nad tym, co dzieje się z dziećmi przez kilka dni poza domem.

Ona ma 11 lat, ale to wciąż dziecko

Moja córka jest rozsądna. W domu potrafi spakować plecak, odkłada ubrania do prania, wie, że mokre rzeczy trzeba rozwiesić. Dlatego pierwszą myślą nie było: „Jak mogłaś?”. Pierwszą myślą było: „Co tam się działo?”.

Zaczęłam dopytywać. Okazało się, że nikt nie sprawdzał, czy dzieci suszą mokre ubrania po powrocie z dworu. Nikt nie przypominał o segregowaniu rzeczy. Kiedy padał śnieg i wracali przemoczeni, kazano im szybko się przebrać, a reszta „była ich sprawą”. Wieczorami wychowawcy zajmowali się organizacją kolejnego dnia, a dzieci – jak to dzieci – robiły, co chciały.

Słyszałam: „Mamo, nie było kiedy”, „Pani mówiła, że mamy się pospieszyć”, „Nie chciałam, żeby dziewczyny się śmiały, że rozwieszam skarpetki”.

I wtedy poczułam złość. Nie na nią. Na dorosłych.

Bo 11 lat to niby „duże dziecko”, ale to wciąż dziecko. Ono potrzebuje jasnych zasad, przypomnienia, czasem nawet kontroli. Wyjazd zorganizowany to nie tylko atrakcje i zdjęcia na stronie ośrodka. To także odpowiedzialność za to, jak dzieci funkcjonują w codzienności.

Samodzielność nie oznacza zostawienia samej sobie

Słyszę już głosy: „To miała być lekcja samodzielności”. Oczywiście. I jestem pierwsza do tego, żeby moja córka uczyła się odpowiedzialności. Ale samodzielność to proces, a nie hasło i oczekiwanie rezultatów.

Jeśli organizatorzy zabierają grupę 10–12-latków na zimowisko, powinni mieć świadomość, że to nie są dorośli. Że trzeba sprawdzić, czy rzeczy schną, czy walizki nie zamieniają się w śmietnik, czy ktoś nie chodzi trzeci dzień w tych samych spodniach, bo „nie miał czasu” poszukać czystych.

Nie chodzi o perfekcję. Chodzi o minimum troski.

Patrzyłam na moją córkę, gdy pomagała mi wyciągać kolejne zgniecione ubrania. Była zawstydzona. Mówiła: „Wiem, że to wygląda okropnie”. I w tym momencie serce mi pękło. Bo zamiast wrócić z poczuciem dumy i sprawczości, wróciła z poczuciem, że „zawaliła”.

A ja uważam, że zawiedli dorośli. Zimowisko to nie tylko kuligi i ognisko. To też opieka – prawdziwa, uważna. Bo dziecko, nawet 11-letnie, nie przestaje być dzieckiem tylko dlatego, że wyjechało bez rodziców.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „To jest ostatnie zimowisko mojego dziecka. Nie dam więcej zrobić się w balona”

Reklama
Reklama
Reklama