Podczas napadu złości powtarzaj to pytanie jak mantrę. Wyreguluje emocje dziecka
Rozmawiałam ostatnio ze znajomą psycholożką i to jedno zdanie zostało ze mną na długo. Powiedziała, że złość dziecka – tak jak złość dorosłego – nie jest problemem sama w sobie. Problemem jest to, że dzieci kompletnie nie wiedzą, co się z nimi dzieje. I właśnie dlatego tak często „wybuchają”.

Od tamtej rozmowy w chwilach napięcia zadaję synowi jedno pytanie.
Złość nie jest zła, tylko niezrozumiała
Kiedy dziecko wpada w napad złości, pierwszym odruchem dorosłego jest uciszanie, tłumaczenie albo… irytacja. Zwłaszcza gdy jesteśmy w miejscu publicznym, ktoś na nas patrzy, a my czujemy, jak rośnie w nas napięcie. Tymczasem – jak usłyszałam od psycholożki – złość jest naturalną reakcją na frustrację, zmęczenie, poczucie niesprawiedliwości. Dokładnie taką samą jak u dorosłych.
Różnica polega na tym, że my potrafimy ją nazwać, a dzieci nie. Dla nich emocje są abstrakcją. Coś je zalewa, coś jest „za dużo”, ale nie potrafią tego uporządkować ani zatrzymać. I właśnie wtedy potrzebują nie kazania, nie moralizowania, tylko pomocy w zrozumieniu tego, co czują.
„Jak duży jest twój gniew?”
To pytanie zmieniło bardzo wiele. Zamiast mówić: „Uspokój się”, „Nie wolno się tak zachowywać”, zaczęłam pytać: „Jak duży jest twój gniew?”. Czasem dodaję: „Jest jak piłeczka czy jak wielki balon?”.
Dla dorosłego to może brzmieć banalnie, ale dla dziecka to klucz. W jednej chwili przestaje być całym gniewem, a zaczyna mu się przyglądać. Zastanawia się. Myśli. Często odpowiada po chwili, już spokojniejszym głosem. Samo nazwanie skali emocji sprawia, że napięcie zaczyna opadać.
Psycholożka wytłumaczyła mi, że wizualizacja emocji pozwala dzieciom spojrzeć na nie z boku. Gniew przestaje być czymś nieokreślonym i przerażającym. Staje się czymś, co można zmniejszyć, nad czym mają kontrolę.
Co zrobić, żeby ta złość była mniejsza?
Kiedy dziecko już „zobaczy” swoją złość, pojawia się przestrzeń na kolejny krok. Pytam wtedy: „Co możemy zrobić, żeby była mniejsza?”. Czasem pada odpowiedź: „Przytulić się”. Czasem: „Pobawić się”. A czasem: „Nic”. Po prostu.
To nie jest magiczna metoda, która działa zawsze i od razu. Ale jest czymś znacznie cenniejszym – uczy dziecko regulowania emocji, zamiast ich tłumienia. Pokazuje, że złość nie jest czymś, za co trzeba się wstydzić, tylko sygnałem, którym warto się zająć.
I co ważne: ten spokój naprawdę zaczyna się od nas. Kiedy ja mówię cicho, spokojnie i z uważnością, jego układ nerwowy ma szansę się wyregulować. Nie krzykiem. Nie karą. Tylko pytaniem, które pomaga zrozumieć samego siebie.
Zobacz także: Dziecko się złości i krzyczy? Ono nie jest niegrzeczne, tylko brakuje mu zasobów