Prezenty od rodziny? Moje dziecko wróciło z płaczem
Prezenty od rodziny miały być miłym gestem, a skończyło się łzami i pytaniem: „Mamo, czy coś jest ze mną nie tak?”. Wtedy pierwszy raz pomyślałam, że świąteczne obdarowywanie dzieci bywa dla nich większym testem emocjonalnym, niż nam dorosłym się wydaje.

Kiedy moje dziecko wróciło zapłakane po rodzinnej wigilii, w pierwszej chwili pomyślałam, że to pewnie zmęczenie, nadmiar bodźców, może za głośno, może za długo. Święta mają to do siebie, że stają się maratonem atrakcji, a mali ludzie mają po prostu krótszy akumulator.
Ale kiedy usłyszałam, dlaczego właściwie płakało, poczułam coś więcej niż tylko współczucie – poczułam złość. Bo znów okazało się, że dorośli tak bardzo chcą „dobrze”, że zapominają… zapytać, czy dziecko tego potrzebuje.
„Powinnaś się cieszyć, to przecież prezent!”
To zdanie wraca do mnie w każdą grudniową rozmowę. Powtarzane jest jak mantra, a przecież absolutnie nie działa. Dzieci nie są wdzięcznymi odbiorcami wszystkiego, co im damy. One czują. Widzą. Potrafią oceniać, nawet jeśli nie potrafią jeszcze o tym mówić.
Moje dziecko dostało prezent, który – delikatnie mówiąc – nie miał nic wspólnego z jego zainteresowaniami. Wręcz przeciwnie, był czymś, co wzbudzało w nim wstyd, bo wpisywało się w stereotyp, od którego chciało już dawno uciec. I kiedy powiedziało to na głos, usłyszało: „Nie grymaś! Ciocia się starała”, „Weź to, bo będzie jej przykro”, „Może jednak ci się spodoba”.
Nie spodobało się. Zamiast radości było napięcie – to ciche, gęste, które dziecięce ciało potrafi unieść przez kilka minut, a potem wszystko puszcza w płaczu.
Presja wdzięczności, czyli emocjonalny obowiązek, którego nikt nie widzi
My, dorośli, często zapominamy, że prezent dla dziecka to nie jest tylko przedmiot. To komunikat. To bardzo głośna informacja: „Widzę cię… albo właśnie cię nie widzę”.
I jeśli dziecko wraca zapłakane, to nie dlatego, że „nie docenia”. Ono po prostu czuje dysonans – między tym, kim jest, a tym, co dostaje. Między tym, co je interesuje, a tym, co ktoś mu próbuje przypisać. Między swoim „ja” a cudzym wyobrażeniem.
W dodatku dzieci natychmiast wyłapują emocjonalną pułapkę, jaką nakłada na nie dorosły świat: Masz się cieszyć, masz dziękować, masz uśmiechać się, nawet jeśli w środku coś się wewnątrz ciebie kuleczkuje. A przecież wdzięczność nie rośnie na komendę.
„A może to ja coś zrobiłam źle?”
Najbardziej poruszyło mnie jednak coś innego. Kiedy moje dziecko usiadło obok mnie i zaczęło opowiadać o wszystkim ze spuszczonym wzrokiem, zapytało: „Mamo… a może to ze mną jest problem?”.
To właśnie ten moment przeszył mnie najmocniej. Bo nie chodziło o zabawkę, o ubranie, o książkę. Chodziło o to, że ktoś – zupełnie niechcący – sprawił, że moje dziecko poczuło się nieadekwatne. Gorsze. Niewystarczające.
I nagle zrozumiałam, że jeśli my, rodzice, nie zaczniemy o tym mówić, to nikt za nas tego nie zrobi. Bo dorośli wierzą, że dziecko „jakoś to przełknie”. Że „zapomni”. Że „to tylko prezent”. A przecież tak naprawdę to zawsze jest emocja – ta, która zostaje najdłużej.
Jak rozmawiam z rodziną o prezentach (żeby chronić moje dziecko)
Nauczyłam się jednej ważnej rzeczy: granice w temacie prezentów to nie fanaberia, tylko forma ochrony dziecka. Dlatego w tym roku mówię jasno:
– jakie kategorie prezentów są w porządku,
– czego nie chcę,
– co mogą sprawić sobie dorośli, ale nie mojemu dziecku.
I nagle – świat się nie zawalił. Wręcz przeciwnie. Przestałam po świętach kleić emocjonalne rozbite szkło, a rodzina… zaczęła myśleć uważniej. Dzieci też czują różnicę. Nagle święta przestają być dla nich egzaminem z udawania entuzjazmu.
Dzieci mają prawo do swoich emocji. Nawet w grudniu
Ostatecznie nauczyłam się jednego: dzieci nie płaczą dlatego, że są niewdzięczne. One płaczą, kiedy czują się niezrozumiane. Niewysłuchane. Przekroczone. A prezenty – te piękne, błyszczące, pakowane w staranność dorosłych – bywają jak lustro. Pokazują, czy naprawdę widzimy dziecko, czy bardziej… siebie.
Jeśli moje dziecko płacze, to chcę być matką, która nie mówi: „Przesadzasz”. Chcę być tą, która mówi: „Powiedz mi wszystko. Jestem tu. Razem to naprawimy”. Bo czasem właśnie taki prezent – obecność i zrozumienie – jest najważniejszy ze wszystkich.