Reklama

Mój syn ma 3,5 roku. W domu już nie drzemie. Jeśli zaśnie po południu, wieczorem kręci się do dziesiątej, jest marudny i pobudzony. Tłumaczyłam to w przedszkolu – spokojnie, bez pretensji. Usłyszałam, że leżakowanie jest ważne, że dzieci się wyciszają, że to element rytmu dnia.

Rozumiem rutynę. Rozumiem organizację pracy. Ale czy naprawdę trzylatek, który ewidentnie nie potrzebuje snu, musi przez czterdzieści minut patrzeć w sufit? Czy „wyciszanie” musi oznaczać przymus leżenia nieruchomo na materacu?

Syn opowiada, że panie gaszą światło, zasłaniają rolety i każą zamknąć oczy. Że nie wolno rozmawiać, nie wolno się bawić, nie wolno wstać. „Mamo, ja nie byłem śpiący, ale musiałem leżeć” – mówi. I ja się zastanawiam: czy to naprawdę jest dla dzieci? Czy raczej dla dorosłych?

Wszyscy pod jeden schemat – bo tak jest wygodniej

Mam wrażenie, że w przedszkolach króluje zasada: musi być równo. Jedzą o tej samej godzinie, wychodzą na dwór o tej samej, kładą się spać o tej samej. Bez względu na to, czy ktoś właśnie zasypia na stojąco, czy mógłby spokojnie układać puzzle albo oglądać książeczki.

Kiedy poruszyłam temat ponownie, usłyszałam, że inne dzieci śpią i że mój syn by je rozpraszał. Że skoro jest w grupie, to musi się dostosować. Że to „dla jego dobra”.

Tylko ja zaczynam mieć wrażenie, że pod tym hasłem kryje się coś jeszcze – potrzeba chwili ciszy, oddechu, spokoju dla nauczycielek. I proszę mnie źle nie zrozumieć: wiem, że ich praca jest trudna. Wiem, że opieka nad dwudziestką trzylatków to nie jest spacer po parku. Ale czy rozwiązaniem naprawdę ma być zmuszanie dzieci do snu?

Bo jeśli mówimy wprost – leżakowanie to jedyny moment dnia, kiedy w sali robi się cicho. Kiedy można usiąść, wypić kawę, złapać kilka minut przerwy. I ja nie potrafię pozbyć się myśli, że to właśnie ten argument jest ważniejszy niż indywidualne potrzeby mojego dziecka.

„Przecież nic mu się nie stanie” – tylko że się dzieje

Może z boku wygląda to błaho. Ot, poleży. Przecież nie biją, nie krzyczą – każą odpocząć. Tyle że mój syn po takich dniach jest rozregulowany, sfrustrowany, wybucha złością bez powodu. Mówi, że nie lubi leżakowania, że się nudzi, że go to denerwuje.

Nie oczekuję, że przedszkole będzie się kręcić wokół jednego dziecka. Ale czy naprawdę tak trudno dać tym, którzy nie śpią, książkę, kredki, cichą zabawę przy stoliku? Czy naprawdę jedyną opcją jest przymus?

Coraz częściej myślę, że system jest ustawiony pod dorosłych, nie pod dzieci. Pod grafik, pod rutynę, pod święty spokój. A maluchy – cóż – mają się dopasować.

I może właśnie dlatego rodzice coraz częściej mają pretensje. Bo widzą swoje dzieci po południu – zmęczone nie fizycznie, tylko psychicznie. I zaczynają się zastanawiać, czy to naprawdę jest ta mityczna „opieka nad dobrostanem”, czy raczej wygodna etykietka, którą przykrywa się brak elastyczności.

Ja wiem jedno – mój syn nie jest robotem do resetowania o trzynastej trzydzieści. Jest dzieckiem. I zasługuje na to, żeby ktoś w końcu potraktował serio jego potrzeby, a nie tylko rozkład dnia wywieszony na tablicy w szatni.

Zobacz także: „Mój syn ma już 4 lata, ale do przedszkola nie pójdzie. Tam puszczają bajki i karmią byle czym”

Reklama
Reklama
Reklama