Scena ze sklepu to dowód, że wychowujemy pokolenie cwaniaków. Mnie by było wstyd
Ostatnio robiłam zakupy w dużym hipermarkecie. Tłum ludzi, sobota, kolejki do kas, a pomiędzy alejkami – hostessy przy standach. Znacie to – tu kawałek serka na wykałaczce, tam plasterek szyneczki, dalej kubeczek jogurtu do spróbowania. To ma być degustacja, a nie darmowy posiłek. I właśnie przy takim stoisku z wędlinami zobaczyłam coś, co do dziś nie daje mi spokoju.

Hostessa stała uśmiechnięta, rozdawała na wykałaczkach małe plasterki szyneczki. Podeszła do niej mama z kilkuletnią córeczką – dziewczynka mogła mieć może pięć lat. Wzięła plasterek, spróbowała, odsunęła się, a mama z uśmiechem: „No i jak? Dobre, prawda?”. Minęła minuta i ta sama dziewczynka wraca po kolejną porcję. I kolejną. I kolejną. Policzyłam – pięć razy!
Lekcja cwaniactwa
Za każdym razem mama patrzyła na nią z zadowoleniem, jakby była spryciarą, która przechytrzyła system. Ani razu nie sięgnęła po portfel, ani razu nie zapytała hostessy o cenę czy nie zainteresowała się zakupem. Dla niej ta degustacja stała się okazją, żeby dziecko najadło się za darmo.
A ja w tym widziałam coś zupełnie innego – lekcję cwaniactwa.
Dzieci uczą się przede wszystkim przez obserwację. Nie musisz im wygłaszać kazań, wystarczy, że zobaczą, jak się zachowujesz. Jeśli mama pokazuje, że można obejść zasady, że można w kółko podchodzić po darmowe plasterki, bo „to tylko szynka” – to właśnie tego dziecko się nauczy.
Nauczy się, że nie trzeba szanować czyjejś pracy, że można wykorzystywać sytuację i brać więcej, niż się należy. Że cwaniactwo popłaca, bo mama jest zadowolona, gdy sprytnie „zdobywa” kolejne porcje.
I właśnie tak rodzi się pokolenie cwaniaków. Pokolenie, które nie rozumie granic. Które uważa, że jak coś jest „za darmo”, to można brać bez końca, bo przecież „nikt nie zabronił”. Tylko że to nie jest degustacja – to pasożytowanie na czyjejś uprzejmości.
Gdzie się podziała zwykła przyzwoitość?
Ja uczę dzieci inaczej i sama byłam nauczona inaczej. Jeden kawałek, próba smaku, decyzja – kupujemy albo nie. Jeśli nie smakuje, dziękuje się i idzie dalej. To była nauka kultury, szacunku i tego, że coś, co daje się w gratisie, jest tylko dodatkiem, a nie obowiązkiem sklepu wobec klienta.
A dziś widzę coraz częściej, że ta granica zanika. Ludzie zachowują się, jakby wszystko im się należało – i ciągną za sobą dzieci, które chłoną to podejście jak gąbka. Nie dziwmy się potem, że młodzież rośnie z przekonaniem, że można brać, korzystać i kombinować, byle nic od siebie nie dawać.
Pokolenie cwaniaków
Najgorsze jest to, że takie sytuacje dzieją się na oczach innych dzieci. Bo jeśli jedno dziecko pięć razy bierze plasterek szyneczki i mama jeszcze go do tego zachęca, to inne zaczynają pytać swoich rodziców: „A ja też mogę?”. I co wtedy odpowiesz? Że to nieładnie? Że nie wypada? A przecież przed chwilą ich rówieśniczka dostała pochwałę od mamy za to, że była sprytna.
I tu właśnie jest problem – cwaniactwo staje się normą. Zamiast uczyć dzieci zasad, uczymy je, jak te zasady naginać. Zamiast wychowywać pokolenie ludzi odpowiedzialnych i uczciwych, wychowujemy pokolenie cwaniaków, dla których „spróbuj jeszcze raz” to nie zachęta do odwagi i samodzielności, ale lekcja, że warto brać, ile się da, nawet jeśli coś nie jest przeznaczone dla nas.
Zobacz także: „To tylko bułeczka”. Jeśli też na to pozwalasz, uczysz dziecko kraść