Słowa babci do nastolatki w sklepie zmroziły mnie. Tak wychowujemy zagubione pokolenie
Te dwa zdania usłyszałam w sklepie i nie mogę o nich zapomnieć. Były tak okrutne, że pomyślałam: jeśli tak dziś mówimy do nastolatek, to naprawdę wychowujemy zagubione pokolenie.

Nie podsłuchiwałam. Stałyśmy po prostu w tej samej kolejce: ja, nastolatka z warkoczem i jej babcia. Trzymały w rękach drobiazgi – nic wielkiego, zwykłe zakupy. I wtedy padło to zdanie, takie, które trafia w środek brzucha: „Nawet patrzeć na ciebie nie mogę. Zawsze coś zepsujesz. Co z ciebie wyrośnie?”.
Dziewczyna spuściła głowę. I nagle zobaczyłam w niej wszystkie nastolatki, które próbują jakoś dorosnąć w świecie pełnym oczekiwań, komentarzy i ocen. A ja – matka, psycholożka, dziennikarka – stałam jak wryta i tylko w środku krzyczałam: przecież ona jeszcze nawet nie wie, kim jest.
Słowa, które wrastają w ciało
My, dorośli, lubimy mówić, że dzisiejsze dzieciaki mają „łatwiej”. Mają internet, terapię, wiedzę, dostęp do wsparcia. A jednocześnie – narzucamy im tempo, presję, wygląd, wyniki. I czasem zapominamy, że każde nasze słowo osadza się w nich jak maleńkie ziarenko. Jedne są ziarnami wsparcia: „widzę cię”, „poradzisz sobie”, „jestem obok”. Inne – jak kolce: „jesteś problemem”, „ciągle coś psujesz”, „taka już jesteś”. Te kolce wrastają w ciało na lata.
Patrzyłam na tę nastolatkę i pomyślałam, ile razy w życiu jeszcze to usłyszy. Od rodziców, nauczycieli, rówieśników. Ile razy uwierzy, że faktycznie „zawsze coś psuje”. A przecież nastoletniość to czas, kiedy świat rozwala się i buduje jednocześnie. W środku jest chaos, hormony, lęki, niepewność. To zupełnie normalne, że młody człowiek się myli, szuka, sprawdza.
Między przepaścią a oczekiwaniami
Mam wrażenie, że wychowujemy pokolenie, które słyszy od nas dwa sprzeczne komunikaty. Pierwszy: „bądź sobą”. Drugi: „ale tak, żebyśmy byli z ciebie zadowoleni”. A jeśli coś idzie nie tak – bardzo szybko pojawia się etykieta: „rozpuszczona”, „trudna”, „roszczeniowa”. Może łatwiej byłoby nam przyznać: to my jesteśmy zagubieni. My, dorośli. Bo zmienił się świat, a my wciąż próbujemy wychowywać według starych schematów – surowych, pełnych wstydu i krytyki.
Nastoletnia dziewczyna, którą widziałam, nie była buntowniczką z filmu. Była zwyczajna. A jednak czułam, jak kurczy się w sobie przy każdej kolejnej uwadze. I wtedy obiecałam sobie jedno: że będę bardziej uważać na słowa, których używam wobec młodych ludzi. Nawet wtedy – a może zwłaszcza wtedy – gdy jestem zmęczona, zirytowana, bezradna.
Jeśli chcemy mniej zagubienia – dajmy więcej obecności
Nie uratujemy świata jedną rozmową. Ale możemy zmienić coś bardzo konkretnego – sposób, w jaki mówimy do młodych. Nie musimy ich idealizować. Nie musimy im zawsze przytakiwać. Wystarczy, że przestaniemy ranić w imię „wychowania”.
Zamiast: „co z ciebie wyrośnie?” – możemy zapytać: „widzę, że ci trudno – jak mogę pomóc?”.
Zamiast: „zawsze coś psujesz” – powiedzieć: „każdemu się zdarza – spróbujmy jeszcze raz”.
Może to brzmi banalnie. Ale wiem z doświadczenia, że takie słowa potrafią podnieść z ziemi. A te inne – wpychają jeszcze głębiej w poczucie, że nie ma dla mnie miejsca.
Kiedy wyszłam ze sklepu, długo miałam przed oczami tamtą scenę. I myśl, która wraca do mnie jak bumerang: jeśli nie damy nastolatkom prawa do bycia w drodze, będziemy mieli dorosłych, którzy całe życie będą leczyć rany po cudzych zdaniach. A ja naprawdę wierzę, że możemy inaczej. Delikatniej. Mądrzej. Z odrobiną czułości – także wtedy, kiedy emocje idą w górę.
Bo wcale nie wychowujemy „trudnego” pokolenia. To pokolenie wychowuje się w trudnym świecie. I bardzo potrzebuje, żebyśmy byli dla niego bezpiecznym miejscem – nie kolejnym źródłem lęku.