To już plaga w przedszkolach. „Powiedziałam nauczycielce, co o tym myślę. Jej odpowiedź mnie zmiażdżyła”
Myślałam, że to zwykłe przemęczenie. Czterolatki bywają marudne, szczególnie zimą. Ale gdy moja córka kolejny raz wróciła z przedszkola rozdrażniona i nadpobudliwa, poczułam, że coś tu się nie zgadza.

Zależy mi na tym, żeby Majka rozwijała się spokojnie i w swoim tempie. Nie jestem radykalna, ale w tygodniu w domu nie włączamy bajek w ogóle. Wolę książki, klocki, rysowanie, rozmowy o tym, jak minął dzień. W weekend robimy za to małe rytuały – koc, popcorn i kultowe animacje, które sama kochałam jako dziecko. „Król Lew” wzrusza mnie do dziś i chciałam, żeby córka też poznała te historie w wyjątkowej atmosferze, a nie jako codzienną zapchajdziurę.
Dlatego zaczęłam się zastanawiać, skąd ta nagła zmiana w zachowaniu Majki. Była bardziej pobudzona, gorzej zasypiała, odpowiadała podniesionym głosem. Z początku zrzucałam to na pogodę, infekcje krążące po grupie, zimową chandrę.
Aż w końcu, przy odbiorze z przedszkola, zagadałam inne mamy. Jedna westchnęła i powiedziała: „A twoja też opowiada o bajkach?”. Druga dorzuciła, że jej syn codziennie relacjonuje, co dziś oglądali. Wtedy zapaliła mi się w głowie czerwona lampka.
Codzienna sala kinowa
Okazało się, że w grupie czterolatków od jakiegoś czasu niemal każdego dnia puszczane są dzieciom animacje. Czasem po śniadaniu, czasem dopiero przed podwieczorkiem. Krótkie, kolorowe, głośne. Te same, które potem dzieci cytują w szatni.
Nie chodzi mi o to, że bajki są złem wcielonym. Sama przecież je kocham. Ale codziennie? W przedszkolu, które ma być przestrzenią do zabawy, ruchu, budowania relacji, rozwijania wyobraźni?
Zebrałam się w sobie i zapytałam przedszkolankę, skąd ten pomysł. Starałam się być spokojna, rzeczowa. Powiedziałam, że w domu ograniczamy ekran, że widzę zmianę w zachowaniu córki i że trochę mnie to niepokoi.
Popatrzyła na mnie zmęczonym wzrokiem i odpowiedziała: „Proszę pani, dzieci są dziś tak głośne, że bez bajek nie da się ich uspokoić. Rodzice przyprowadzają je od siódmej z telefonami w rękach. My tylko dostosowujemy się do realiów”.
Zamurowało mnie.
„To nie jest nasza wina?”
Wyszłam z sali z gulą w gardle. Z jednej strony rozumiem, że nauczycielki są przeciążone, że grupy są liczne, że to niełatwa praca. Z drugiej – czy naprawdę jedyną odpowiedzią na nadmiar bodźców musi być kolejny ekran?
Od tamtej rozmowy myślę o tym bez przerwy. Czy to ja przesadzam? Czy jestem przewrażliwioną matką z misją? A może faktycznie wpadliśmy w pułapkę, w której bajki stały się najprostszym sposobem na ogarnięcie grupy?
Bo jeśli czterolatki już teraz potrzebują codziennej dawki animacji, żeby się wyciszyć, to co będzie dalej?
Nie mam gotowych odpowiedzi. Wiem tylko jedno: nie chcę, żeby przedszkole było kolejną salą kinową. I coraz częściej mam wrażenie, że to, co miało być wyjątkiem, staje się nową normą – cichą, nie do końca wypowiedzianą, ale coraz bardziej powszechną.
Zobacz także: 6 filmów, po których dziecko samo odłoży telefon. Działają lepiej niż zakazy i kary