Reklama

Zdania, które padają „przy okazji”

Nie mają formy krzyku ani awantury. Najczęściej są wypowiadane mimochodem, bez namysłu, czasem nawet z uśmiechem. „Nie przesadzaj”, „Inni mają gorzej”, „Z ciebie to zawsze problem”, „Jak tak dalej pójdzie, nic z ciebie nie będzie”. Takie słowa rzadko są traktowane jak przemoc. Często nazywa się je szczerością, wychowaniem albo życiową lekcją.

Dla dziecka nie są jednak neutralne. Każde z tych zdań zapisuje się w nim jako informacja o tym, kim jest i czego może się po sobie spodziewać. Internet może dokładać kolejne warstwy porównań, ale fundament powstaje dużo wcześniej, w domu, przy stole, w drodze do szkoły.

„Ja tylko mówię prawdę”

To zdanie słyszę wyjątkowo często. Dorośli usprawiedliwiają nim słowa, które ranią, zawstydzają albo podcinają skrzydła. Prawda wypowiedziana bez empatii przestaje być prawdą, a zaczyna pełnić funkcję narzędzia kontroli. Dziecko nie ma jeszcze zasobów, by oddzielić treść od tonu i intencji. Odbiera komunikat całościowo i bardzo dosłownie.

Kiedy słyszy, że jest leniwe, nadwrażliwe albo niewystarczające, zaczyna się do tej narracji dopasowywać. Nawet jeśli nikt nie krzyczy, nawet jeśli nikt nie obraża wprost, przekaz zostaje zinternalizowany.

Dlaczego internet jest wygodnym winowajcą? Łatwiej obarczyć odpowiedzialnością coś zewnętrznego i nieuchwytnego. Algorytmy, aplikacje, obcych ludzi po drugiej stronie ekranu. Trudniej spojrzeć na własne słowa i przyznać, że to one mogą mieć największą moc. Domowe zdania są powtarzalne, osadzone w relacji, wzmacniane autorytetem dorosłego.

Dziecko może wyłączyć telefon, zamknąć aplikację, przestać czytać komentarze. Nie może jednak przestać słuchać rodzica, babci czy nauczyciela. To dlatego słowa z domu działają głębiej i dłużej.

Tak powstaje wewnętrzny krytyk

Z czasem zewnętrzny głos dorosłego staje się głosem wewnętrznym. Dziecko dorasta, ale zdania zostają. Wracają w chwilach porażki, wstydu, zmęczenia. Mówią dokładnie to samo, co kiedyś mówił ktoś bliski. Internet nie musi już nic dodawać. Mechanizm działa sam.

Wiele osób dorosłych do dziś pamięta jedno zdanie z dzieciństwa, które potrafiło zatrzymać ich rozwój na lata. Nie było hejtem. Było zwykłym komentarzem wypowiedzianym w „dobrej wierze”.

Odpowiedzialność, której często nie widzimy

Nie chodzi o to, by chodzić na palcach i bać się każdego słowa. Chodzi o świadomość, że dzieci nie filtrują komunikatów tak jak dorośli. Nie oddzielają emocji od treści. Nie mają jeszcze dystansu. Każde zdanie wypowiedziane przez ważną osobę niesie za sobą ciężar.

To ogromna odpowiedzialność, ale też ogromna szansa. Te same usta, które potrafią ranić, mogą budować. Ten sam dom, w którym padają zdania podcinające skrzydła, może stać się miejscem, gdzie dziecko uczy się, że nie musi być idealne, by być wystarczające. By latać.

Internet nie zniknie. Media społecznościowe nie staną się nagle łagodne. Ale dom może się zmienić. Ton rozmów, sposób reagowania, język, którym mówimy o emocjach, błędach i słabościach. Dzieci potrzebują dorosłych, którzy biorą odpowiedzialność za swoje słowa, nawet jeśli wcześniej nikt tego nie zrobił wobec nich.

Najbardziej niszczące zdania rzadko są pisane w komentarzach. Najczęściej są wypowiadane przy śniadaniu, w samochodzie, w przymierzalni albo w drodze do szkoły. I to właśnie tam zaczyna się prawdziwa praca, jeśli naprawdę zależy nam na tym, by kolejne pokolenie nie było zagubione.

Zobacz także: „Moje dziecko mnie nie słucha”. Oto 5 prostych sposobów, jak stawiać zdrowe granice

Reklama
Reklama
Reklama