To powszechna praktyka w przedszkolach podczas posiłków. „Moje dziecko nie jest królikiem doświadczalnym”
Jedno zdanie mojej córki sprawiło, że odechciało mi się kolacji. „Mamo, dziś byłam głodna, ale nie mogłam wziąć dokładki”. Myślałam, że żartuje. Potem usłyszałam o zasadzie, która w jej przedszkolu obowiązuje wszystkie dzieci bez wyjątku.

Moja córka ma pięć lat. Jest drobna, energiczna, potrafi przez godzinę tańczyć przy ulubionej piosence, a potem paść z głodu jak maratończyk po biegu. Jedzenie? Jak to u dzieci – raz zje wszystko, innym razem wybrzydza.
Kilka dni temu wróciła z przedszkola wyjątkowo rozdrażniona. W domu zjadła podwójną porcję obiadu. Zdziwiłam się, bo zazwyczaj po przedszkolnym posiłku ledwo skubnie coś na talerzu.
„Byłam głodna, ale nie mogłam wziąć dokładki” – powiedziała w końcu.
Dlaczego? Bo nie zjadła surówki.
W przedszkolu obowiązuje zasada: kto nie zje warzyw, nie dostaje dokładki drugiego dania. Nieważne, czy to buraczki, czy sałata. Nieważne, czy dziecko naprawdę nie lubi smaku, czy ma gorszy dzień. Najpierw talerz ma być „czysty” z warzyw. Dopiero potem można poprosić o więcej ziemniaków czy kotleta.
Regulamin ważniejszy niż dziecko?
Rozumiem ideę. Wiem, że przedszkole chce uczyć zdrowych nawyków. Sama w domu zachęcam córkę do próbowania nowych smaków. Ale zachęcam – nie zmuszam.
Bo czym to się różni od: „Zjesz, jak będziesz grzeczna”?
Albo: „Najpierw obowiązek, potem przyjemność”?
Jedzenie przestaje być potrzebą, a staje się narzędziem wychowawczym.
Zapytałam wychowawczynię o tę zasadę. Usłyszałam spokojne wyjaśnienie, że „dzieci muszą uczyć się jeść wszystko” i że „inaczej wybierałyby tylko to, co lubią”. Może i tak. Ale czy naprawdę metodą ma być odmowa dokładki, kiedy dziecko mówi, że jest głodne?
Moja córka nie jest żołnierzem w koszarach. Ma pięć lat. Jej organizm jednego dnia potrzebuje więcej, innego mniej. Jednego dnia zje brokuła bez marudzenia, innego się skrzywi. To normalne.
Wstyd przy stole – najgorsza przyprawa
Najbardziej zabolało mnie coś innego. Córka powiedziała, że kiedy poprosiła o dokładkę, usłyszała przy całej grupie: „Najpierw zjedz surówkę”. A dzieci spojrzały na nią jak na tę, która „nie spełniła warunku”.
Dla dorosłego to drobiazg. Dla pięciolatki – wstyd.
Nie chcę wychowywać dziecka, które je warzywa ze strachu przed konsekwencją. Chcę, żeby rozumiała, dlaczego są zdrowe. Chcę, żeby miała z jedzeniem dobrą relację, a nie poczucie, że na jedzenie trzeba zasłużyć.
Czy przesadzam? Być może. Ale kiedy widzę, jak wieczorem zjada łapczywie kanapkę, bo „w przedszkolu nie mogła”, coś we mnie się buntuje.
Bo zasady są potrzebne. Tylko że zasady nie powinny być ważniejsze niż realne potrzeby dziecka. A głód – nawet u pięciolatki – jest bardzo realny.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Takich rodziców spotyka się pod każdym przedszkolem. Nauczycielka: „Psują atmosferę”