„Uczeń wszedł do sedesu i rozmawiał z rośliną”. Uwagi w Librusie to kabaret
Codziennie sprawdzam Librusa, a moje emocje to mieszanka śmiechu i lekkiego przerażenia. Choć niektóre zachowania mojego syna w szkole są tak absurdalne, że trudno w nie uwierzyć, to niestety wpływają też na jego oceny z zachowania.

Mam jedno dziecko i przyznaję – czasem ciężko mi uwierzyć, co potrafi wymyślić w ciągu dnia. Ostatnio na przykład przeczytałam uwagę od matematyczki: „Uczeń wszedł do sedesu”. Albo od polonistki: „Podczas czytania lektury uczeń próbował nakarmić książkę kanapką”. Przez moment chce mi się śmiać, naprawdę – ale zaraz przypomina mi się, że ta sama sytuacja kosztuje go punkty z zachowania. I wtedy już nie jest wesoło.
Uwagi w Librusie jak kabaret
Tego typu uwagi czytam bardzo często: „Na lekcji biologii uczeń próbował rozmawiać z roślinami, aby lepiej zrozumieć fotosyntezę”. I śmieję się przez łzy. Bo to przecież kreatywność w najczystszej formie, ale też kolejna uwaga, która obniża jego ocenę.
„Uczeń przyniósł do szkoły pluszową kapibarę, która miała pomagać w robieniu zadań” – czytam i kiwam głową. Chciałabym móc powiedzieć, że to tylko niewinna zabawa, ale niestety wpływa na punktację. Wiem, że nauczyciele z pewnością pod nosem się śmieją, ale też domyślam się, ile to dla nich nerwów i wysiłku, żeby panować nad całą klasą, prowadzić lekcje i jednocześnie zapisać to wszystko w Librusie. Trochę współczuję.

Kuriozalne sytuacje, realne konsekwencje
Niektóre uwagi mojego syna wydają się kompletnie absurdalne: „Uczeń systematycznie zmienia imię podczas lekcji, twierdząc, że potrzebuje codziennie innej tożsamości” albo „Na lekcji plastyki uczeń zrobił rzeźbę z plasteliny i wrzucił ją do plecaka kolegi”. Chciałabym móc potraktować to tylko jako zabawny epizod dnia szkolnego, ale wiem, że nauczyciele mogą mieć już tego wszystkiego dość. A to odbija się na jego ocenach i tym, jak jest odbierany.
Czasem zastanawiam się, jak nauczyciele wytrzymują takie sytuacje. Bo ja, mimo że patrzę na to z perspektywy rodzica i śmieję się, czuję też stres. Oni muszą na bieżąco reagować, pilnować klasy, tłumaczyć, poprawiać – i jednocześnie notować te wszystkie kuriozalne momenty. To musi być ogromnie wymagające i męczące.
Ciekawa jestem, czy jesteśmy wyjątkiem, czy inni rodzice też są zasypywani uwagami, po których czują się jak w kabarecie?
Sylwia
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Córka wróciła od koleżanki głodna. „Ciocia powiedziała, że dla mnie nie starczyło już spaghetti”