Wirtualny robak w brzuchu ma oduczyć jedzenia słodyczy. Julia Izmałkowa ostrzega: „To warunkowanie lęku, nie edukacja”
Internetowa moda, w której dorośli za pomocą aplikacji medycznej wmawiają dzieciom obecność pasożyta, zagraża ich fundamentalnemu poczuciu bezpieczeństwa. – Przeraża mnie okrucieństwo dorosłego i kompletny brak wrażliwości na emocje własnego dziecka – ocenia ostro ten proceder psycholożka, znana w sieci jako Psychomama Julia. Zamiast budować zdrowe nawyki i uczyć radzenia sobie z trudnymi emocjami, dorośli fundują najmłodszym cyfrowy koszmar, naiwnie wierząc, że cel uświęca środki. Wymuszanie posłuszeństwa kłamstwem to nie sprytny hack, lecz brutalne uderzenie w fundament zaufania, na którym opiera się więź z maluchem.

Wyobraź sobie, że osoba, której ufasz bezgranicznie, stawia cię w obliczu śmiertelnego zagrożenia, a potem wybucha śmiechem, widząc twoje łzy. Brzmi jak okrutny koszmar? Dla wielu dzieci to codzienność, która właśnie podbija media społecznościowe.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Na ekranie smartfona przesuwanego po małym brzuchu pojawia się obraz zafałszowanego USG. Aplikacja nakłada na widok z kamery wijącego się robaka. Rodzic z powagą w głosie ogłasza: „Widzisz? To przez te wszystkie cukierki i żelki”. Reakcja malucha jest natychmiastowa – histeryczny płacz, panika, desperacka próba ucieczki przed czymś, co rzekomo pożera go od środka. W tle słychać chichot nagrywających dorosłych. W końcu to tylko „taki żart” i przy okazji genialny hack wychowawczy na oduczenie jedzenia słodyczy, prawda?
Otóż nie. O tym, dlaczego ten trend to wychowawcza katastrofa, rozmawiam z Julią Izmałkową – psycholożką, badaczką i twórczynią popularnego profilu „Psychomama Julia”, która od lat uczy, jak budować z dziećmi relacje oparte na autentycznym szacunku.
Mózg dziecka to nie plac zabaw
Z perspektywy dorosłego cała sytuacja wydaje się błaha, wręcz komiczna. Zapominamy jednak o fundamentalnej różnicy w tym, jak przetwarzamy rzeczywistość. Dziecięcy mózg nie posiada jeszcze filtrów, które pozwalałyby odróżnić technologiczną sztuczkę od prawdy.
– To jest dla mnie naprawdę przerażający przykład tego, jak dorosły może wykorzystać przewagę poznawczą nad dzieckiem i nazwać to wychowaniem – zauważa ostro psycholożka. – Kilkulatek nie ma naszych kompetencji poznawczych. Nie siedzi przed ekranem USG i nie myśli: „ciekawe, czy mama zastosowała właśnie manipulację wizualną”. Jeżeli osoba, która jest dla niego podstawowym źródłem informacji o świecie, mówi mu: „masz robaka w brzuchu”, to dla niego to może być po prostu informacja o zagrożeniu.
Dorośli, widząc rozpacz dziecka, często szybko dodają, że to były tylko żarty. Oczekują, że zaciśnięte ze strachu małe ciałko natychmiast się rozluźni, a łzy wyschną. Problem polega na tym, że nasza biologia nie ma poczucia humoru.
– I dlatego późniejsze „przecież to był tylko żart” niewiele zmienia – tłumaczy Izmałkowa. – Układ nerwowy najpierw reaguje, a dopiero potem analizujemy. Strach pojawia się, zanim dziecko będzie w stanie intelektualnie poukładać sobie, że ktoś je nabrał. Serce przyspiesza, ciało się napina, pojawia się przerażenie. Nie można cofnąć tej reakcji zdaniem: „no już, przecież żartowałam”.
Strażnik, który sam podpala dom
Oprócz przerażenia, które serwujemy dziecku, w tym niewinnym na pozór trendzie kryje się coś znacznie głębszego – pęknięcie fundamentu, na którym budujemy całe życie młodego człowieka. Chodzi o zaufanie.
– To najważniejszy problem. Rodzic jest dla małego dziecka czymś w rodzaju zewnętrznego systemu bezpieczeństwa – zaznacza ekspertka. – Dziecko patrzy na świat częściowo przez rodzica: jeśli mama mówi, że coś jest niebezpieczne, to prawdopodobnie jest niebezpieczne. Jeśli tata mówi, że wszystko jest w porządku, mogę się uspokoić.
Kiedy ten swoisty radar bezpieczeństwa celowo wysyła fałszywe sygnały, by wymusić posłuszeństwo, dziecko zostaje na lodzie. Zostaje samo ze swoimi emocjami w świecie, który właśnie okazał się podwójnie groźny, bo zawiódł ten, kto miał go chronić. – I właśnie dlatego świadome stworzenie dziecku zagrożenia, którego nie ma, żeby wymusić określone zachowanie, jest tak fatalnym pomysłem. Osoba, która ma pomagać dziecku regulować strach, sama ten strach produkuje. To jest tak STRASZNA rzecz że ja sobie nie wyobrażam co ci rodzice mają w głowie że coś takiego robią – otwarcie przyznaje Julia Izmałkowa.
Trucizna na talerzu i lekcja (braku) uczciwości
Rodzice często tłumaczą się, że cel uświęca środki. Skoro robak z aplikacji sprawi, że maluch odłoży czekoladę, to znaczy, że metoda działa. Jednak, jak podkreśla psycholożka, długofalowe koszty takiej „edukacji” są ogromne, zwłaszcza w kontekście kształtowania nawyków.
– Do tego dochodzi jeszcze jeden mechanizm, którego bardzo nie lubię: strach zostaje przyklejony do jedzenia – przestrzega. – Chcemy nauczyć dziecko, że słodycze są jedną z kategorii jedzenia, której nie jemy bez ograniczeń. A zamiast tego uczymy: słodycze → robak w brzuchu → zagrożenie → lęk. To nie jest edukacja żywieniowa. To jest warunkowanie lęku. To budowanie złej relacji z jedzeniem.
Zamiast straszenia, mądre rodzicielstwo wymaga od nas wzięcia na siebie ciężaru dziecięcej frustracji. – Wychowanie polega między innymi na tym, że dorosły wytrzymuje niezadowolenie dziecka bez konieczności manipulowania nim, zawstydzania go albo straszenia. Stawiam granicę i pomagam ci przeżyć fakt, że tej granicy nie lubisz – wyjaśnia ekspertka.
Jest jeszcze jeden aspekt, o którym rzadko myślimy, trzymając w ręku telefon z włączonym nagrywaniem. To, jaką lekcję moralności właśnie serwujemy. – I jeszcze jedna rzecz, dla mnie fundamentalna: ja naprawdę nie chcę uczyć dziecka, że można kłamać „dla jego dobra”, jeśli ma się nad nim wystarczającą przewagę. Bo dzieci znacznie bardziej obserwują jak my używamy swojej władzy, niż słuchają naszych wykładów o uczciwości.
Gdy zagłębimy się w ten problem, maska „śmiesznego tiktoka” całkowicie opada, obnażając coś bardzo mrocznego. – Przeraża mnie okrucieństwo dorosłego i kompletny brak wrażliwości na emocje własnego dziecka – dodaje wprost Izmałkowa. – Bo trzeba naprawdę na chwilę przestać widzieć dziecko jako człowieka, żeby celowo wywołać w nim przerażenie, patrzeć, jak się boi, a potem jeszcze uznać jego strach za zabawny.
Bezpieczna baza w niedoskonałym świecie
Czy to oznacza, że każdy nasz błąd, każdy podniesiony głos czy nieprzemyślany żart bezpowrotnie niszczy psychikę dziecka? Absolutnie nie. W relacjach rodzinnych nie chodzi o sterylną doskonałość.
– Nie jesteśmy i nigdy nie będziemy idealnymi rodzicami. Psychologia zresztą wcale tego od nas nie wymaga. Mamy być wystarczająco dobrymi rodzicami – uspokaja twórczyni profilu Psychomama. – Popełniać błędy, czasami nie wytrzymać, czasami powiedzieć coś głupiego, ale przede wszystkim być dla dziecka bezpieczną bazą — miejscem, do którego przychodzi ze swoim strachem, a nie miejscem, z którego ten strach przychodzi. – Dziecko powinno mieć głęboko zapisane: kiedy świat mnie przeraża, mogę przyjść do mamy albo taty i oni pomogą mi odzyskać poczucie bezpieczeństwa. A nie: mama albo tata mogą dla zabawy stworzyć mi koszmar, wykorzystać fakt, że im bezgranicznie wierzę, a potem śmiać się z mojej reakcji.