Wychowaliśmy pokolenie fajtłap. Zachowanie 8-latka przy śniadaniu obnażyło smutną prawdę
Nie spodziewałam się, że sobotni poranek stanie się dla mnie lekcją życia. Że to, jak mój ośmiolatek je śniadanie, powie mi więcej o nas – o naszej rodzinie, o społeczeństwie, o tym, jak „uczymy” dzieci radzenia sobie w świecie.

Gdy w miniony weekend poprosiłam syna, żeby wyjął płatki i mleko, a ja pokroję owoce i zrobię grzanki, spojrzał na mnie z takim zdziwieniem, jakbym poprosiła go o naprawę silnika w aucie. Ba, w samolocie! Trwało to kilka, kilkanaście sekund – ale dla mnie było to jak uderzenie: czy on naprawdę nie potrafi sam zrobić sobie najprostszej rzeczy?
Zapomnieliśmy o nauce samodzielności
Było po 9, syn chyba odespał cały tydzień szkoły. A jednak przy kuchennym blacie zatrzymał się, stanął nieruchomo i czekał. Czekał, aż ja mu zrobię śniadanie. Patrząc na jego minę, wiedziałam, że to coś więcej niż lenistwo – to nawyk, oczekiwanie, przyzwyczajenie, które sobie wspólnie wyrobiliśmy. I nie jestem pewna, czy powinnam się śmiać, czy płakać.
Nie chodzi o śniadanie. Chodzi o to, że wiele dzieci dziś – podobnie jak mój syn – nie zna podstawowej rutyny: mogę to zrobić sam. Według licznych dyskusji rodziców i ekspertów problem polega nie tyle na lenistwie dzieci, ile na tym, że my, dorośli, często podajemy im wszystko na tacy – dosłownie i w przenośni.
Pamiętam swoje dzieciństwo: w wieku 8 lat już sama robiłam sobie kanapki, pomagałam w domu, a jeśli coś mi nie wychodziło – musiałam próbować jeszcze raz. A teraz? Gdy proszę syna, żeby sam wyjął płytki śniadaniowe ze szafki, robi się dramat, jakby to była prośba o rozwiązanie równania różniczkowego.
Nie ma tu winy dziecka – ono jeszcze nie zostało nauczone, że świat wymaga od nas samodzielności. I to jest najbardziej przerażające.

To ostatni moment, by coś zmienić
Jako matka wiem, że lubimy przerzucać odpowiedzialność na innych, szukać winy wszędzie, tylko nie w sobie, np. w szkole. Ale to nie system szkolny zrobił z mojego dziecka „fajtłapę”. To my – rodzice. To ja, matka. Bo łatwiej jest zrobić śniadanie, niż tłumaczyć po raz kolejny, jak to zrobić. Bo szybciej jest zawiązać buty, niż nauczyć dziecko wiązać je samodzielnie.
I choć wiemy, że pomaganie dzieciom powinno iść w parze z uczeniem ich odpowiedzialności, często w praktyce to my bierzemy na siebie ciężar wszystkiego.
Nie chcę widzieć w moim synu kogoś, kto nie potrafi funkcjonować w dorosłym świecie. Chcę, żeby wstał rano, zrobił sobie coś do jedzenia i poczuł dumę, że dał radę. Ale zanim to się stanie, muszę najpierw zmierzyć się z sobą – z własnymi oczekiwaniami, własną wygodą i lękiem, że jeśli go nie wyręczę, to… no właśnie, co?
Czy świat naprawdę taki okrutny, jak nam się wydaje? Czy może to my uczyniliśmy go takim – ucząc dzieci zależności zamiast samodzielności?
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: Pokazał obowiązki taty 2 dzieci po 8 godzinach pracy. „Prawdziwy mężczyzna”