Reklama

„Wychowujemy pokolenie małych prezesów, którzy myślą, że wszystko im się należy” – zaczyna swój list nauczycielka. Trudno przejść obok tego obojętnie.

Jedna uwaga, wiele pretensji

Punktem wyjścia do tej refleksji była – jak się okazuje – zupełnie zwyczajna sytuacja. Jedynka wpisana do dziennika i krótka informacja o nieprzygotowaniu kilkorga uczniów.

„Myślałam, że to nic wielkiego. Zwykła szkolna sytuacja. Do momentu, aż zaczęły przychodzić wiadomości” – pisze nauczycielka.

Najpierw jedna. Potem kolejna. A później cała seria pytań, zarzutów i próśb o wyjaśnienia.

„Dlaczego mój syn dostał jedynkę, skoro wszystko umiał?”, „Proszę dokładnie rozpisać, za co odjęto punkty”, „Nie zgadzam się z tą uwagą” – cytuje fragmenty wiadomości, które – jak podkreśla – są już codziennością.

I dodaje coś, co daje do myślenia: „Mam wrażenie, że dla części rodziców ocena bądź uwaga dziecka to coś, co można negocjować jak cenę w sklepie”.

„Rodzic wie lepiej” – nowa szkolna rzeczywistość

W liście powraca jeden motyw: poczucie podważania autorytetu nauczyciela.

„Coraz częściej czuję, że nie jestem traktowana jak specjalista, tylko jak ktoś, kto musi się tłumaczyć z każdej decyzji” – pisze autorka.

To nie jest pojedynczy głos. W podobnym tonie wypowiadają się inni nauczyciele, którzy kontaktują się z naszą redakcją. Zwracają uwagę na rosnącą liczbę wiadomości od rodziców – często pisanych pod wpływem emocji, bez próby rozmowy czy wysłuchania drugiej strony.

„Rodzic przyjmuje jedną wersję – tę, którą przynosi dziecko. I na tej podstawie ocenia całą sytuację” – czytamy w liście.

Problem nie polega na tym, że rodzice się interesują. Wręcz przeciwnie – zaangażowanie jest potrzebne. Ale – jak zauważa nauczycielka – coraz częściej przybiera ono formę kontroli, a nie współpracy.

autorytet nauczyciela
W liście powraca jeden motyw: poczucie podważania autorytetu nauczyciela, fot. AdobeStock/Андрей Журавлев

Co widzą dzieci?

Najbardziej niepokojące jest jednak to, co dzieje się „pomiędzy”.

„Dzieci bardzo szybko uczą się, że ktoś je obroni i wytłumaczy. Że nie muszą brać odpowiedzialności, bo wystarczy powiedzieć w domu swoją wersję” – pisze nauczycielka.

To zdanie wraca jak echo w wielu rozmowach o współczesnej edukacji.

Dziecko, które widzi, że każda uwaga jest kwestionowana, zaczyna funkcjonować w innym schemacie. Uczy się nie tyle refleksji nad własnym zachowaniem, co szukania potwierdzenia na zewnątrz.

„Zamiast uczyć dzieci odpowiedzialności, uczymy je, że zawsze można się odwołać” – podsumowuje autorka listu.

I właśnie tu pojawia się to trudne określenie: „pokolenie małych prezesów”. Dzieci, które negocjują, podważają, oczekują, że świat dostosuje się do nich.

Ten list nie jest atakiem na rodziców. To raczej sygnał, że coś w tej relacji ze szkołą i nauczycielami przestaje działać. Szkoła to nie miejsce, gdzie jedna strona ma rację, a druga się myli. To przestrzeń, w której – przynajmniej w założeniu – wszyscy grają do jednej bramki. Pytanie tylko, czy jeszcze o tym pamiętamy.

Zobacz też: Dzieci łapią jedynkę za jedynką, a rodzice są wściekli. Nauczycielka: „To nie jest moja wina”

Reklama
Reklama
Reklama