„Wychowujemy pokolenie niezdarnych dzieci, które nie obronią ojczyzny”. Pedagog ostro o nawyku rodziców
Coraz częściej mówi się o tym, że dzieci nie radzą sobie z prostymi, codziennymi zadaniami. I choć trudno to przyznać, źródło tego problemu może być bliżej, niż nam się wydaje.

Siedziałam ostatnio przy stole z moimi dziećmi i patrzyłam, jak próbują złożyć najprostszą zabawkę. Instrukcja była banalna, kilka elementów, nic skomplikowanego. Po trzech minutach usłyszałam: „Mamo, zrób to za mnie”.
I złapałam się na tym, że już wyciągam rękę.
Wtedy przypomniały mi się słowa pedagoga, które niedawno usłyszałam w jednej z rozmów na YouTubie. Mocne, może nawet przesadzone – ale niepokojąco trafne.
Dzieci, które szybko się poddają
Profesor Mariusz Jędrzejko mówi wprost: wychowujemy pokolenie dzieci, które nie radzą sobie z najprostszymi wyzwaniami. I choć brzmi to jak przesada, trudno nie zauważyć, że coś się zmieniło.
„Proszę dać dzisiaj dziecku młotek i gwoździe” – mówi. I to zdanie wraca do mnie jak echo.
Bo przecież jeszcze niedawno dzieci same kombinowały, próbowały, czasem coś popsuły, czasem się uderzyły, ale uczyły się w działaniu. Dziś? Często nawet nie zaczynają.
Widzę to nie tylko u swoich dzieci, ale też u ich rówieśników. Kiedy pojawia się trudność, pierwszą reakcją nie jest próba rozwiązania problemu, tylko wycofanie. Albo… szukanie dorosłego, który zrobi to za nich.
I tu zaczyna się nasza rola.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby YouTube i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
Rodzice, którzy robią za dużo
Nie oszukujmy się – my, rodzice, bardzo często wyręczamy dzieci. Z miłości, z pośpiechu, ze zmęczenia.
Łatwiej jest włożyć buty dziecku, niż czekać, aż zrobi to samo. Szybciej posprzątać pokój, niż tłumaczyć po raz kolejny, gdzie co powinno leżeć. Prościej jest zrobić coś „na już”, niż uczyć cierpliwości.
Tylko że w ten sposób odbieramy dzieciom coś znacznie ważniejszego niż chwilowy komfort.
Odbieramy im poczucie sprawczości.
Profesor zwraca uwagę, że kiedy pojawia się wysiłek – fizyczny czy psychiczny – dzieci często nie widzą w nim sensu. Sprzątanie? Po co. Naprawianie czegoś? Lepiej kupić nowe. Trudne zadanie? Lepiej odpuścić. Brzmi znajomo?
Ja sama złapałam się na tym, jak często mówię: „Daj, zrobię szybciej”. I choć robię to w dobrej wierze, efekt jest odwrotny do zamierzonego.
Samodzielność nie bierze się znikąd
Prawda jest taka, że samodzielności nie da się nauczyć „na sucho”. To nie jest coś, co dziecko przyswoi z rozmów czy pouczeń.
To coś, czego musi doświadczyć.
Upadając.
Próbując jeszcze raz.
Zmagając się z czymś, co nie wychodzi od razu.
I choć czasem boli patrzenie, jak dziecko się frustruje, wiem jedno – to właśnie w tych momentach dzieje się najwięcej.
Nie wtedy, gdy wszystko idzie gładko.
Nie wtedy, gdy ktoś zrobi coś za nie.
Tylko wtedy, gdy musi się wysilić.
Coraz częściej myślę o tym, jak znaleźć złoty środek. Między wsparciem a wyręczaniem. Między troską a nadopiekuńczością.
Bo przecież nie chodzi o to, żeby nagle rzucić dziecko na głęboką wodę. Chodzi o to, żeby być obok – ale nie zamiast.
I może właśnie o tym są te mocne słowa pedagoga. Nie o straszeniu przyszłością, ale o przypomnieniu, że dzieci potrzebują nie tylko miłości i bezpieczeństwa.
Potrzebują też przestrzeni, by się zmagać. I by uwierzyć, że naprawdę potrafią.
Zobacz też: Jak ograniczyć dziecku telefon bez awantury w domu: 5 zasad do wprowadzenia „na już”