Wystarczyła chwila w Lidlu. Zrozumiałam coś smutnego o dzisiejszych nastolatkach
Czasem wystarczy zwykła wizyta w Lidlu, żeby zacząć się zastanawiać nad współczesnym pokoleniem nastolatków. Patrzyłam na grupę chłopaków przy kasach samoobsługowych i pomyślałam, że jedna krótka scena ze sklepu mówi o ich podejściu do pieniędzy więcej niż niejedna długa dyskusja o wychowaniu.

Stałam w kolejce do kas samoobsługowych, kiedy przede mną pojawiła się grupa nastolatków. Na oko 13, 14 lat. Śmiali się, szturchali, rozmawiali głośno – jak wszyscy inni przedstawiciele ich pokolenia, nic nadzwyczajnego.
Tyle że po chwili usłyszałam zdanie, które mnie zatrzymało: „Ja dziś stawiam. Dostałem kieszonkowe, więc lecimy grubo”.
Koledzy od razu zareagowali entuzjastycznie. Poklepywanie po plecach, śmiech, okrzyki w stylu: „Ale z ciebie gość!”.
Z ciekawości zerknęłam do koszyka. Chipsy, kilka butelek słodkich napojów, batony, żelki, lody. Prawdziwa uczta złożona z samych zachcianek.
I wtedy pomyślałam o czymś, co nie dawało mi spokoju do końca zakupów.
My byliśmy zupełnie inni
Może to brzmi jak typowe gadanie boomerów (chociaż jestem milenialsem): „kiedyś było inaczej”. Ale naprawdę było.
Kiedy byłam nastolatką, pieniądze miały zupełnie inną wartość. Każdą złotówkę oglądało się z dwóch stron. W szkolnym sklepiku kupowało się coś małego – oranżadę, andruta, czasem batona – i to już był mały luksus.
Nikt nie wydawał całego kieszonkowego w jeden dzień. Nie dlatego, że byliśmy bardziej rozsądni. Po prostu wiedzieliśmy, że jeśli wszystko wydamy od razu, to przez resztę tygodnia zostaniemy z niczym.
Dziś mam wrażenie, że wielu młodych ludzi w ogóle o tym nie myśli. Pieniądze są – więc się je wydaje. Tu i teraz. Bez zastanowienia, czy przydadzą się jutro.
Zresztą podobne obserwacje pojawiają się coraz częściej w rozmowach dorosłych o młodzieży – wielu rodziców ma wrażenie, że dzieci traktują kieszonkowe jak pieniądze „do natychmiastowego wydania”, a nie lekcję gospodarowania budżetem.
Zaczęłam się zastanawiać
Nie chodzi nawet o te chipsy czy słodycze. Każdy nastolatek lubi czasem zaszaleć z kolegami. To normalne.
Ale kiedy patrzyłam na tę scenę w Lidlu, zaczęłam się zastanawiać nad czymś innym.
Czy my – dorośli – nie ułatwiliśmy dzieciom życia aż za bardzo? Chcemy, żeby miały lepiej niż my. Dajemy im kieszonkowe, kupujemy rzeczy, na które sami kiedyś musieliśmy długo odkładać. I to samo w sobie nie jest złe.
Tylko że czasem mam wrażenie, że razem z tym komfortem znika coś ważnego: świadomość, ile rzeczy naprawdę kosztuje.
Tamci chłopcy wyszli ze sklepu roześmiani, z torbą pełną przekąsek. Dla nich to był po prostu fajny moment z kolegami.
A ja zostałam z pytaniem, które wraca do mnie coraz częściej: czy uczymy nasze dzieci, jak korzystać z pieniędzy – czy tylko je wydawać?
Zobacz także: „Kiedyś dzieci miały obowiązki, dziś mają wszystko, co chcą”. Scena w sklepie obnażyła smutną prawdę o rodzicach