Reklama

– Nie powiem tego na radzie pedagogicznej ani na zebraniu z rodzicami, ale czasem naprawdę boję się uczniów – zaczęła moja znajoma, która uczy od kilkunastu lat w podstawówce. – I nie chodzi o agresję fizyczną. Bardziej o to poczucie, że ja tam nad niczym nie panuję.

Opowiadała spokojnie, rzeczowo. Bez histerii. Ale w jej głosie było zmęczenie.

Lekcja to dziś ciągłe przeciąganie liny

– Kiedyś wystarczyło, że nauczyciel spojrzał i klasa milkła. Dziś proszę o ciszę trzy, cztery razy. I słyszę: „Ale ja tylko coś powiem”, „Ale to nie ja”, „Ale on pierwszy zaczął”. To jest nieustanna dyskusja – tłumaczyła.

Nie chodzi o jednego „trudnego” ucznia. Problemem bywa atmosfera przyzwolenia. Część dzieci w ogóle nie reaguje na polecenia. Inne ostentacyjnie pokazują, że nie mają zamiaru się podporządkować.

– Najgorsze jest to, że dzieciaki naprawdę nie widzą w tym nic złego. Jak zwracam uwagę, słyszę, że przesadzam albo że pewnie mam zły dzień – mówi. – Dla nich nauczyciel to ktoś, z kim się negocjuje.

Jej zdaniem uczniom coraz częściej brakuje elementarnej dyscypliny: umiejętności usiedzenia 45 minut w ławce, skupienia się na zadaniu, przyjęcia uwagi bez obrażania się.

– Nie oczekuję wojskowej musztry. Chcę tylko podstawowego szacunku i zasad.

Rodzic zawsze stoi po stronie dziecka

Najtrudniejsze – jak przyznaje – nie są jednak same dzieci, lecz reakcje dorosłych.

– Kiedyś rodzic po uwadze mówił: „Porozmawiam z nim”. Dziś częściej słyszę: „To niemożliwe, to nie moje dziecko”, „Na pewno go pani sprowokowała”, „On ma prawo wyrażać emocje” – wylicza.

Podkreśla, że rozumie zmiany w podejściu do wychowania. Sama nie popiera krzyku ani upokarzania uczniów. Ale widzi, że wahadło wychyliło się w drugą stronę.

– Emocje są ważne. Tylko że emocje nie mogą być wymówką do braku zasad. Jeśli uczeń nie odrabia pracy domowej, przeszkadza i jeszcze podważa każde polecenie, to nie jest kwestia „wrażliwości”. To brak granic.

Zdarza się, że po trudnej lekcji wychodzi z klasy z przyspieszonym biciem serca.

– Czasem czuję, że jedno nieostrożne słowo może wywołać lawinę. A potem mail od rodzica, skargę do dyrekcji. To rodzi napięcie.

Szkoła bez autorytetu?

– Ja naprawdę lubię swoją pracę. Ale coraz częściej mam wrażenie, że stoimy na głowie. Nauczyciel ma uczyć, wychowywać, motywować, a jednocześnie nie może wymagać – mówi.

Jej zdaniem brak dyscypliny to nie kwestia „złych dzieci”, lecz systemowego problemu. Dzieci dorastają w świecie, w którym ich zdanie jest zawsze najważniejsze, a dorośli boją się stawiać granice, by nie zostać posądzonym o surowość.

– Jeśli uczeń wie, że każdą uwagę można podważyć, a każdą ocenę wynegocjować, to trudno mówić o autorytecie. A bez autorytetu nie ma bezpieczeństwa – ani dla nauczyciela, ani dla klasy.

Na koniec powiedziała coś, co długo brzmiało mi w głowie:

– Ja nie chcę, żeby dzieci się mnie bały. Chcę, żeby wiedziały, że są zasady. Bo kiedy nie ma zasad, zaczynamy bać się siebie nawzajem.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Wiadomość w Librusie i 1 dziwne zdanie od nauczycielki. Matka: „Chyba się zapomniała”

Reklama
Reklama
Reklama