Znalazłam sposób i moja Zosia je darmowe obiady w szkole. W kieszeni zostaje mi 300 zł co miesiąc
Kiedy koleżanka powiedziała mi o możliwości dofinansowania obiadów w szkole, nie wierzyłam, że to coś dla mnie. Dziś moja córka je codziennie ciepły posiłek, a ja każdego miesiąca mam w portfelu więcej pieniędzy.

Samotne macierzyństwo i liczenie każdej złotówki
Jestem mamą dwójki dzieci i wychowuję je sama. Nie będę ukrywać – bywa naprawdę ciężko. Każda złotówka ma znaczenie, a koszty życia rosną szybciej niż moja pensja. Długo sądziłam, że różne formy pomocy to nie dla mnie, że to pewnie wiąże się z papierologią, tłumaczeniem się i stygmatyzacją dziecka w szkole.
Kiedy przy kawie koleżanka opowiedziała mi, że jej syn korzysta z darmowych obiadów finansowanych przez gminę, spojrzałam na nią z niedowierzaniem. „Przecież ty normalnie pracujesz” – powiedziałam. A ona tylko uśmiechnęła się i wytłumaczyła, że to program dla wielu rodzin, nie tylko w najtrudniejszej sytuacji. Zachęciła mnie, żebym spróbowała.
Wieczorem usiadłam z kalkulatorem i dokumentami. Okazało się, że dochód na osobę w naszej rodzinie mieści się w kryterium. Poczułam mieszankę ulgi i niepewności – czy naprawdę mogę to zrobić?
Wniosek i pierwsze obawy
Poszłam do MOPS-u i złożyłam wniosek. Pani była bardzo pomocna, wytłumaczyła wszystko krok po kroku. Formalności zajęły mniej, niż myślałam, a ja wyszłam z poczuciem, że być może naprawdę znalazłam rozwiązanie.
Największy lęk miałam o Zosię. Nie chciałam, żeby czuła się gorsza, żeby inne dzieci wytykały ją palcami. Powiedziałam córce, że zgłosiłam ją do programu i że będzie mogła jeść w stołówce tak jak jej koleżanki. Zapytała tylko: „A inni będą wiedzieli?”.
Długo uspokajałam i tłumaczyłam, że nikt tego nie zauważy. I miałam rację. Jeszcze przed wakacjami Zosia zaczęła jeść w szkole za darmo. Opowiadała, że z koleżankami jadły naleśniki i że pani kucharka chwaliła, że wszyscy zjedli do końca. Żadnych komentarzy, żadnych spojrzeń – po prostu normalność.
Realne oszczędności i poczucie ulgi
W skali miesiąca w moim portfelu zostaje około 300 zł. To ogromna różnica. Za te pieniądze mogę kupić dodatkowe książki, mleko dla syna albo po prostu odetchnąć, wiedząc, że rachunki się zepną.
Czuję ogromną wdzięczność, że ktoś pomyślał o takich rodzinach jak moja. Wcześniej żyłam w przekonaniu, że to wstyd korzystać z pomocy, teraz wiem, że to rozsądek i troska o dzieci. Każdy grosz ma znaczenie, a ciepły posiłek w szkole to nie tylko oszczędność, ale też pewność, że moje dziecko ma zdrowy i pełnowartościowy obiad.
Za chwilę wrzesień, wiem, że wiele mam waha się tak jak ja. Boją się reakcji szkoły, dzieci, czy oceny innych. Chcę wam powiedzieć – nie bójcie się. To naprawdę działa i nikt nie robi z tego problemu.
Karolina
Chcesz skomentować albo opisać własną historię? Napisz do nas na adres: redakcja@mamotoja.pl. Czekamy na Twoją opinię.
Zobacz też: Obejrzałam z synem „Squid Game”. Powiedział tylko 1 słowo i wtedy zaczęłam płakać