Reklama

Weszliśmy do sali razem z innymi dziećmi i rodzicami. Gwar, śmiech, muzyka puszczona trochę za głośno. Dzieci ustawiały się w parach, poprawiały maski, ktoś komuś zsuwał pelerynę z ramienia. Przez chwilę patrzyłam na to wszystko z dystansem, jak na zwykłą, szkolną scenę.

I wtedy zobaczyłam strój mojego dziecka na tle innych. Nic się nie wydarzyło. Nikt nic nie powiedział. A jednak poczułam, jak robi mi się gorąco.

Porównanie, które pojawia się samo

Stroje innych dzieci były bardziej dopracowane, błyszczące, nowe. Mój wyglądał skromniej. Był z poprzedniego roku, po kimś, kupiony bez całej tej otoczki przygotowań, którą nagle zobaczyłam wokół. Nie planowałam tego porównania. Nie przyszłam na bal po to, żeby liczyć, oceniać albo zestawiać. A mimo to mózg zrobił to sam, szybciej niż zdążyłam go zatrzymać. Stroje były bardziej dopracowane, błyszczące, nowe. Mój wyglądał skromniej. Zwyczajniej.

W tej jednej chwili poczułam coś na kształt wstydu, choć nie było ku temu racjonalnego powodu. Jakby ten strój mówił coś o mnie, a nie o dziecku.

Dziecko, które tego nie widziało

Spojrzałam na swoje dziecko. Biegło w stronę kolegów, śmiało się, poprawiało element stroju, który już dawno przestał leżeć na swoim miejscu. Nie było w nim ani cienia zawahania. Nie było porównywania się. Była radość i ekscytacja.

Zdałam sobie sprawę, że to ja stoję z boku z tą myślą. Nie ono.

Gorąco, które nie miało nic wspólnego z salą

Sala była duszna, to prawda. Ale to uczucie gorąca przyszło z zupełnie innego miejsca. Z myśli, że ktoś może ocenić. Że nagle znalazłam się w sytuacji, w której bal przestał być zabawą, a stał się pokazem. I że dałam się wciągnąć w ten mechanizm, nawet jeśli tylko na chwilę.

Złapałam się na tym, że próbuję usprawiedliwiać ten strój w swojej głowie. Że przypominam sobie, dlaczego taki wybraliśmy. Że był wygodny, że dziecko go lubiło, że nie chciało niczego innego. Jakby to wszystko musiało mieć jakieś wytłumaczenie. To było najbardziej niepokojące. Ta potrzeba tłumaczenia się z czegoś, co w ogóle nie powinno wymagać wyjaśnień.

Patrząc na bawiące się dziecko, pomyślałam, jak cienka jest granica między tym, co przeżywamy my, dorośli, a tym, co przenosimy na dzieci. Jak łatwo własny wstyd, niepewność albo porównania ubrać w słowa, spojrzenia, drobne gesty.

Nie chcę, żeby bal karnawałowy był pierwszym momentem, w którym dziecko zacznie mierzyć swoją wartość przez to, co ma na sobie.

Bal trwał dalej

Muzyka grała, dzieci tańczyły, animator próbował zebrać je do wspólnej zabawy. Ten moment gorąca minął. Został gdzieś z tyłu, jak myśl, do której wraca się później, już w ciszy. Zrozumiałam, że to nie był problem ze strojem. To był mój problem. Z porównywaniem się. Z oczekiwaniami. Z poczuciem, że czasem wchodzę w przestrzenie, w których nie chcę brać udziału, a jednak to robię.

Po balu dziecko opowiadało, co było fajne, kto się przewrócił, kto miał śmieszny kapelusz, jaka muzyka była najlepsza. Ani razu nie wspomniało o strojach. Ani o tym, kto miał lepszy, ładniejszy czy droższy.

I wtedy poczułam ulgę. Bo to znaczyło, że to, co wydarzyło się we mnie, nie zdążyło przejść na nie.

Bal się skończył. Strój trafił do szafy. A we mnie została myśl, że czasem najważniejsza praca rodzica dzieje się zupełnie po cichu. W tych momentach, kiedy uczymy się nie przekazywać dalej własnych porównań.

Reklama
Reklama
Reklama