Reklama

Moja koleżanka była świadkiem sytuacji w jednym ze sklepów Pepco. Weszła na szybkie zakupy i niemal od progu zauważyła poruszenie przy kasie. Jedna z ekspedientek próbowała uspokoić płaczące niemowlę w nosidełku.

Na początku myślała, że to dziecko kogoś z personelu. Szybko okazało się jednak, że pracownica nie ma pojęcia, czyje to dziecko. Podeszła tylko dlatego, że usłyszała płacz.

Po chwili pojawiła się matka. Spokojnie podeszła do kasy – jak gdyby nigdy nic – kontynuując zakupy.

Nie uprzedziła nikogo, że zostawia dziecko w nosidle przy kasie. Nie zapytała, czy ktoś może mieć je na oku. Po prostu zostawiła nosidełko i ruszyła między regały.

„To była tylko chwila” – ale czy to wystarczy?

Wiele młodych mam jest dziś zdanych wyłącznie na siebie. Partner w pracy, rodzina daleko, brak wsparcia. Wyjście do sklepu z niemowlęciem bywa logistycznym wyzwaniem, a czasem prawdziwą drogą przez mękę. To fakt, który warto widzieć i rozumieć.

Są sytuacje, gdy w małym, osiedlowym sklepie – gdzie sprzedawczyni zna klientkę, lokal jest niewielki, a kontakt wzrokowy z dzieckiem nie znika ani na sekundę – ktoś na chwilę odstawi wózek czy nosidełko tuż przy ladzie. To jednak zupełnie inny kontekst.

W dużym sklepie, gdzie alejki zasłaniają widok, a przy kasach przewija się wielu obcych ludzi, pozostawienie niemowlęcia bez poinformowania kogokolwiek wydaje się skrajnie nieodpowiedzialne. Ekspedientka ma swoje obowiązki – obsługuje klientów, odpowiada na pytania, dba o porządek. Nie można oczekiwać, że automatycznie przejmie odpowiedzialność za cudze dziecko.

Bo co by było, gdyby w tym czasie musiała odejść od kasy? Gdyby ktoś nieżyczliwy wykorzystał moment nieuwagi? To pytania, które trudno zignorować.

Między wiarą w ludzi a zdrowym rozsądkiem

Najczęściej po takich historiach słyszymy: „odeszłam tylko na minutę”, „to była chwila”, „nic przecież się nie stało”. I rzeczywiście – tym razem się nie stało. Może właśnie dlatego tak łatwo uznać, że nie ma o czym mówić.

A jednak coś w tej opowieści nie daje spokoju.

Z jednej strony nie chcę jej oceniać, naprawdę. Są ludzie, którzy głęboko wierzą w dobroć innych. W to, że ktoś pomoże, że zareaguje, że przypilnuje. I dobrze, że taka wiara wciąż istnieje. Świat bez niej byłby jeszcze trudniejszy.

Z drugiej strony – odpowiedzialność za dziecko zawsze spoczywa na rodzicu. Nie na przypadkowej sprzedawczyni, nie na innych klientkach, nie na „kimś obok”. Nawet jeśli to tylko chwila.

Moja koleżanka do dziś zastanawia się, czy powinna była zareagować ostrzej. Zwrócić uwagę? Wezwać ochronę? A może po prostu – jak większość świadków – uznać, że skoro matka wróciła, sprawa jest zamknięta?

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: „Mąż nazwał mnie nierobem, więc przestałam sprzątać. Po tygodniu nie poznałam mieszkania ani męża”

Reklama
Reklama
Reklama