Chciałam selfie z partnerem. On w końcu zgodził się… ale tylko pod jednym warunkiem
To miało być zwykłe zdjęcie. Jedno z tych, które robi się mimochodem, żeby zatrzymać moment. Zamiast tego usłyszałam warunek, który sprawił, że zaczęłam się zastanawiać, czy w tej relacji na pewno jesteśmy „razem” tak samo.

Zwykła chwila, zwykła prośba
Nie chodziło o zdjęcie. Naprawdę. Chociaż wtedy jeszcze nie potrafiłam tego nazwać. Staliśmy w kolejce po kawę, było niedzielne popołudnie, a słońce ładnie wpadało przez witrynę kawiarni. Mój syn siedział obok przy stoliku i rysował coś na serwetce, zupełnie pochłonięty swoim światem. Wyciągnęłam telefon odruchowo i zapytałam partnera, czy zrobimy sobie zdjęcie.
Spojrzał na mnie z wyraźnym zaskoczeniem, jakby pytanie było nie na miejscu. Odpowiedział, że przecież tu jesteśmy i że nie widzi sensu w robieniu selfie. Schowałam telefon i uśmiechnęłam się, udając, że nic się nie stało. Znam ten mechanizm. Kobiety, zwłaszcza te z dziećmi, znają go aż za dobrze.
„Nie lubię selfie”
Temat wrócił kilka dni później, kiedy pojechaliśmy nad morze. Wyjazd miał być spokojny, pierwszy taki, odkąd mieszkaliśmy razem. Syn biegał po plaży, a ja złapałam się na tym, że chciałabym mieć jedno zwykłe zdjęcie z tej codzienności. Nie rodzinne, nie pozowane, tylko nasze.
Poprosiłam jeszcze raz, zaznaczając, że nie chodzi o wrzucanie czegokolwiek do internetu. Usłyszałam, że nie lubi selfie i że są sztuczne. Nie naciskałam. Nie chciałam wyjść na osobę, która robi problem z niczego. W końcu to tylko zdjęcie, prawda?
Tylko że coś zaczęło mnie uwierać. Tym bardziej że wiedziałam, iż nie chodzi o sam aparat. Zdjęć z kolegami, z pracy czy z siłowni mu nie brakowało. Brakowało tych, na których bylibyśmy my.
Warunek, którego się nie spodziewałam
Trzeciego dnia powiedziałam wprost, trochę nerwowo, trochę żartem, że właściwie nie zależy mi już na tym zdjęciu, ale chciałabym zrozumieć, skąd ten opór. Wtedy westchnął, spojrzał na mnie uważniej i powiedział, że dobrze, możemy zrobić to selfie, ale pod jednym warunkiem.
Zastrzegł, że zdjęcie nigdzie nie trafi. Że nikt nie musi wiedzieć, że jesteśmy razem. Wspomniał też, że woli nie „mieszać” w to mojego dziecka, że internet bywa bezlitosny i że lepiej zachować takie rzeczy dla siebie. Tłumaczył to troską, spokojem i prywatnością.
A ja w tamtym momencie zrozumiałam, że to nie była rozmowa o zdjęciu. To była rozmowa o tym, jak bardzo można być widocznym w czyimś życiu.
Prywatność czy niewidzialność
Zrobiliśmy to zdjęcie. Zwyczajne, neutralne, bez gestów, które mogłyby coś zdradzić. Spojrzałam na ekran telefonu i zamiast radości poczułam ulgę pomieszaną z zażenowaniem. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że prywatność i niewidzialność to nie jest to samo.
Prywatność jest wtedy, gdy obie strony chcą czegoś tylko dla siebie. Niewidzialność zaczyna się wtedy, gdy jedna z nich wolałaby, żeby to „razem” nie istniało w żadnej formie, również tej, która obejmuje dziecko będące częścią mojego życia.
„Przesadzasz, to tylko zdjęcie”
Wieczorem wróciłam do tematu. Spokojnie, bez pretensji. Powiedziałam, że to, co usłyszałam, trochę mnie zabolało. Odpowiedział, że przesadzam, bo to przecież tylko zdjęcie. Dodał, że jako mama powinnam rozumieć potrzebę chronienia prywatności.
Znów padło to słowo: „tylko”. Tylko zdjęcie. Tylko warunek. Tylko granica, która nagle okazała się bardzo wyraźna.
To nigdy nie było o selfie
Dopiero z czasem zrozumiałam, że wcale nie chodziło o lajki ani o potrzebę pokazywania czegokolwiek innym. Chciałam mieć poczucie, że ja i moje dziecko jesteśmy w tej relacji całością, a nie dodatkiem, który trzeba ostrożnie omijać.
Zdjęcie nadal mam w telefonie. Nie wrzuciłam go nigdzie. Za to za każdym razem, gdy na nie patrzę, wraca do mnie jedno zdanie i myśl, która przyszła zaraz po nim. Jeśli coś, co dla mnie jest naturalne i oczywiste, dla kogoś staje się problemem, to być może wcale nie chodzi o aparat.
Na razie niczego nie rozstrzygnęłam. Wiem tylko jedno: już nie wyciągam telefonu pierwsza.