Reklama

Moja córka chodzi do drugiej klasy podstawówki. Jak co roku przed świętami dzieci robiły w szkole pisanki, kolorowały zajączki i rozmawiały o Wielkanocy. W środę, tuż przed wyjściem do domu, wychowawczyni wręczyła każdemu dziecku drobny upominek – książeczkę i czekoladowego kurczaczka.

Wszystkie dzieci dostały dokładnie to samo. Bez wyróżniania, bez drogich prezentów, bez żadnego przesadnego zamieszania. Po prostu drobny gest od nauczycielki, która chciała sprawić swoim uczniom przyjemność.

Moja córka była zachwycona.

„To pewnie kupiła za własne pieniądze”

Patrzyłam na tę małą książeczkę i od razu pomyślałam, że pani pewnie kupiła wszystko sama. Ze swoich pieniędzy.

Bo przecież szkoła raczej nie daje nauczycielom budżetu na czekoladowe kurczaki i prezenty dla dwudziestu kilku dzieci. A nawet jeśli to były drobiazgi, to i tak ktoś musiał poświęcić czas, żeby je kupić, zapakować i przynieść.

I wtedy zrobiło mi się zwyczajnie smutno.

Bo mam wrażenie, że takie nauczycielki są dziś w szkołach kompletnie niedoceniane. To są osoby, które naprawdę chcą dzieciom zrobić coś miłego. Pamiętają, kto lubi rysować, kto boi się odpowiadać przy tablicy, kto potrzebuje dodatkowego słowa wsparcia. A przy okazji jeszcze przynoszą drobne upominki, organizują dekoracje, wymyślają zabawy i próbują stworzyć dzieciom dobre wspomnienia.

Tylko że bardzo często nikt tego nie widzi.

Boję się, że system szybko ją „naprostuje”

Najgorsze jest to, że mam wrażenie, iż taka energia i zaangażowanie nie mają szans długo przetrwać.

Już nieraz słyszałam, jak o kreatywnych nauczycielach mówi się z przekąsem: że „za bardzo się stara”, że „niepotrzebnie przyzwyczaja dzieci”, że „po co to wszystko”. Zawsze znajdzie się ktoś, kto powie, że książeczka to przesada, że kurczaczek jest niepotrzebny albo że kiedyś takich rzeczy nie było.

Szczerze? Właśnie dlatego nie zgadzam się na takie praktyki.

Nie zgadzam się na praktykę, w której nauczycielka daje z siebie więcej, niż musi, a w zamian dostaje najwyżej milczenie albo komentarze, że przesadza.

Nie zgadzam się na to, że osoby z pasją i dobrym podejściem do dzieci są w szkole traktowane tak, jakby robiły coś dziwnego.

Boję się, że za kilka lat ta sama nauczycielka przestanie kupować dzieciom kurczaczki, przestanie wymyślać ciekawe zajęcia i po prostu będzie „odbębniać” swoje lekcje. Nie dlatego, że nie będzie jej się chciało. Tylko dlatego, że system bardzo szybko uczy, że nie warto się starać.

Dla dzieci to drobiazg. Dla nauczycielki – ogrom pracy

Dla mojej córki to był po prostu miły prezent. Mała książeczka, słodki kurczaczek i poczucie, że pani o niej pomyślała.

Ale ja widzę w tym coś więcej.

Widzę kobietę, która po lekcjach poszła do sklepu, wydała własne pieniądze i chciała sprawić radość swoim uczniom. Widzę nauczycielkę, która wciąż ma w sobie entuzjazm.

I naprawdę jest mi jej żal. Bo mam wrażenie, że w tej pracy osoby takie jak ona częściej słyszą narzekania niż „dziękuję”.

A przecież to właśnie dzięki takim nauczycielkom dzieci wracają ze szkoły z uśmiechem.

Zobacz także: Dzieci w Norwegii nie umieją czytać, a zrozumienie SMS-a to wyczyn. Wszystko przez 1 przedmiot

Reklama
Reklama
Reklama