Córka wróciła od koleżanki głodna. „Ciocia powiedziała, że dla mnie nie starczyło już spaghetti”
Szanowna Redakcjo, moja córka wróciła ostatnio z wizyty u koleżanki i pierwsze, co powiedziała po wejściu do domu, to że jest bardzo głodna. Kiedy zapytałam dlaczego, usłyszałam historię, która naprawdę mnie zaskoczyła.

Piszę do Państwa, bo do dziś nie potrafię zrozumieć jednej rzeczy: jak można zaprosić dziecko do domu i nie zaproponować mu nawet nic do jedzenia.
„Dla ciebie już nie starczyło spaghetti”
Moja córka ma osiem lat i bardzo lubi odwiedzać koleżanki z klasy. Ostatnio jedna z nich zaprosiła ją do siebie po szkole. Zgodziłam się bez wahania – dzieci znają się od dawna, a mama dziewczynki zawsze wydawała mi się sympatyczną osobą.
Córka spędziła u koleżanki kilka godzin. Bawiły się w pokoju, rysowały, podobno nawet próbowały zrobić teatrzyk z pluszaków.
Kiedy wróciła do domu, była wyraźnie przygaszona. Na początku nie chciała nic mówić, ale w końcu powiedziała coś, co mnie naprawdę zdziwiło.
Okazało się, że w trakcie wizyty mama koleżanki zawołała swoją córkę na obiad. Moje dziecko zostało w pokoju.
Córka zapytała potem, czy też może coś zjeść, bo była już głodna. Usłyszała odpowiedź: „Dla ciebie już nie starczyło spaghetti”.
Wyobrażają sobie Państwo, jak poczuło się dziecko?
Przecież to tylko talerz makaronu
Nie chodzi mi o samo spaghetti. Rozumiem, że czasem naprawdę może nie wystarczyć jedzenia. Każdemu się zdarza źle policzyć porcje.
Ale czy naprawdę tak trudno w takiej sytuacji zrobić dziecku kanapkę?
Albo zapytać: „Może zjesz jogurt? Może masz ochotę na jabłko?”.
Moja córka siedziała w pokoju, kiedy koleżanka jadła obiad. Potem dziewczynki wróciły do zabawy, ale – jak sama powiedziała – było jej trochę przykro.
Kiedy wróciła do domu, od razu poszła do kuchni i zapytała, czy może zjeść coś ciepłego, bo od dawna nic nie jadła.
Serce mi się ścisnęło.
Nie chodzi o wielkie przyjęcia ani specjalne przygotowania. Dla mnie to po prostu kwestia podstawowej gościnności.

U nas dzieci zawsze dostają coś do jedzenia
Kiedy do mojego syna albo córki przychodzą koledzy i koleżanki, zawsze pytam dzieci, czy są głodne. Nawet jeśli przyszły tylko na godzinę.
Czasem to są naleśniki, czasem kanapki, czasem zwykłe jabłko i herbatniki. Ale nigdy nie przyszłoby mi do głowy powiedzieć dziecku: „Nie ma dla ciebie obiadu”.
Dzieci rosną, biegają, bawią się – wiadomo, że są głodne.
Poza tym pamiętam jeszcze z własnego dzieciństwa, że kiedy chodziło się do koleżanek czy kolegów, zawsze ktoś zapraszał do stołu. Czasem był to obiad, czasem tylko herbata i kanapka, ale nikt nie siedział głodny w drugim pokoju.
Może czasy się zmieniły, może ludzie mają inne podejście. Ale naprawdę trudno mi to zrozumieć.
Dlatego chciałam zapytać innych rodziców: czy tylko mnie wydaje się, że jeśli zapraszamy dziecko do domu, powinniśmy zadbać też o tak prostą rzecz jak coś do jedzenia?
Dla mnie to nie jest kwestia makaronu. To kwestia zwykłej życzliwości.
Asia
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Mam troje dzieci i nie pracuję, teściowa nazwała mnie pasożytem. Odpowiedziałam jej tak, że usiadła”