Reklama

Od kilku lat obserwuję, jak bardzo zmienił się język, którym mówimy do dzieci. Z „nie wolno” przeszliśmy do „rozumiem, że chcesz, ale…”, z „bo powiedziałam” do „porozmawiajmy o tym”. I przyznaję – sama długo byłam w drużynie tłumaczenia wszystkiego.

Wydawało mi się, że skoro chcę wychować świadome, empatyczne dziecko, to każde „nie” powinno mieć bogate, psychologiczne uzasadnienie. Aż pewnego dnia złapałam się na tym, że prowadzę mini-wykład przy zakładaniu butów. O ósmej rano. W przedpokoju. Na dywaniku w kształcie chmurki. I wtedy pomyślałam: czy my, dorośli, czasem nie przesadzamy?

Dlaczego tak bardzo chcemy tłumaczyć?

Kiedyś autorytet był oczywisty. Dorosły mówił – dziecko robiło. Dziś wiemy, że taki model bywa raniący, odbiera sprawczość i uczy posłuszeństwa zamiast myślenia. Dlatego wielu z nas wpadło w drugą skrajność – tłumaczymy wszystko, od pasty do zębów po sens chodzenia spać. Z miłości. Z lęku przed byciem „zimnym rodzicem”.

Ale dzieci, szczególnie te młodsze, naprawdę nie zawsze potrzebują długiego wstępu i rozwinięcia. Czasem potrzebują krótkiego, jasnego komunikatu i spokojnej, pewnej dorosłej osoby obok. Bez emocjonalnego wykładu, bez tysiąca argumentów, które i tak ulatują w sekundę, gdy w głowie gra już tylko „nie chcę i koniec”.

Gdzie jest granica między partnerskim podejściem a brakiem autorytetu?

W mojej pracy i życiu prywatnym widzę to bardzo wyraźnie: granica przebiega nie tam, gdzie stawiamy granice, ale JAK je stawiamy. Partnerskie podejście to dla mnie traktowanie dziecka z szacunkiem. Mówienie spokojnym tonem. Tłumaczenie wtedy, kiedy to ma sens: przy emocjach, przy trudnych sytuacjach, przy konfliktach.

Brak autorytetu zaczyna się tam, gdzie boimy się powiedzieć „nie”, bo chcemy być lubiani. Albo tam, gdzie tłumaczymy, tłumaczymy i… na końcu i tak odpuszczamy. Dziecko uczy się wtedy, że granice są ruchome, a wystarczy odpowiednio długo negocjować.

Nie chodzi o to, by wracać do starych, sztywnych modeli. Bardziej o to, by pamiętać, że bycie dorosłym to jednak rola przewodnika. A przewodnik czasem po prostu mówi: „Tu nie wchodzimy. To nie jest bezpieczne”. Bez długiego eseju.

Czasem krótkie „nie” to najlepsza odpowiedź

Piszę to z pełną świadomością: dzieci potrzebują struktur. Potrzebują wiedzieć, że świat ma ramy. Że ktoś większy i mądrzejszy czuwa. I że ten ktoś – czyli my – poradzi sobie z ich złością, rozczarowaniem czy frustracją.

Bo w tłumaczeniu wszystkiego kryje się pewne ryzyko. Zaczynamy zachowywać się tak, jakbyśmy musieli dziecko przekonać. Jakby to ono miało podjąć ostateczną decyzję. A przecież są obszary, które są po prostu dorosłe: bezpieczeństwo, zdrowie, wartości, zasady domu.

I tak: czasem usiądę i spokojnie porozmawiam, dlaczego nie krzyczymy w sklepie. A czasem po prostu wyjdziemy. Bez wielkiego tłumaczenia. Bo to też jest komunikat.

A czego dzieci naprawdę uczą się z naszych reakcji?

Nie tylko treści. Uczą się sposobu. Tego, czy jesteśmy spójni. Czy nasze „tak” znaczy „tak”, a „nie” – „nie”. Czy potrafimy mówić z szacunkiem, ale jednocześnie nie rezygnować z siebie. Uczą się też, że relacja nie polega na tym, że zawsze będzie tak, jak one chcą.

A my? My uczymy się odpuszczać perfekcjonizm. Bo w rodzicielstwie nie ma jednego właściwego scenariusza. Raz włączymy tryb „tłumacz”, raz „przewodnik”, raz „cicho, kawa stygnie”. I to jest w porządku.

Reklama
Reklama
Reklama