Reklama

Nie wiem, ile razy słyszałam to zdanie jako dziecko, ale jestem pewna jednego: zostało ze mną na długo. „Skarpetki muszą być do pary”. Nie jako sugestia, nie jako prośba, tylko jako zasada absolutna, podparta argumentem ostatecznym – wizją przyjazdu pogotowia. I choć dziś brzmi to niemal absurdalnie, przez lata działało z zadziwiającą skutecznością.

Temat wrócił ostatnio za sprawą wpisu opublikowanego na Threads, który wywołał lawinę komentarzy i… zbiorowe otrzeźwienie. Autorka w kilku zdaniach rozprawiła się z jednym z najbardziej utrwalonych rodzicielskich straszaków: „NIKT W OCHRONIE ZDROWIA SIĘ TYM NIE PRZEJMUJE. Skarpetki mają być czyste. I suche. Tyle”. Proste, konkretne i – dla wielu – wyzwalające.

Skąd wziął się strach przed oceną przez medyków?

Wielu rodziców tłumaczyło to samo w identyczny sposób. Nie chodziło o estetykę ani porządek, ale o potencjalny wstyd. „Co będzie, jakby przyjechało pogotowie?”, „Co ludzie powiedzą?”, „Co sobie pomyślą?”. Ten argument miał w sobie coś, co skutecznie zamykało dyskusję – odwoływał się do lęku przed oceną w sytuacji skrajnej.

W komentarzach pod wspomnianym wpisem ten schemat powtarza się niemal słowo w słowo. „Moja rodzicielka zawsze zwracała na to uwagę. I mówiła: miej zawsze czystą bieliznę i skarpetki bez dziur. Żeby nie narobić wstydu, gdyby coś się wydarzyło” – pisze jedna z osób. Inna dodaje z humorem: „Ja to zawsze słyszałam, że majtki mają być bez dziur właśnie ze względu na służbę zdrowia. To łatwiejsze niż skarpetki do pary”.

To nie były jednostkowe historie. To był kulturowy przekaz, powtarzany w tysiącach domów, często bez refleksji nad tym, czy w ogóle ma sens.

Co naprawdę widzi służba zdrowia (i czego nie widzi)?

Najmocniejszym elementem viralowego wpisu jest jego banalna wręcz prawda: personel medyczny nie zajmuje się oceną czyichkolwiek skarpetek. Nie analizuje kolorów, nie sprawdza, czy para jest „poprawna”, nie prowadzi wewnętrznych rankingów estetycznych pacjentów. Dla ochrony zdrowia liczy się coś zupełnie innego – stan pacjenta.

Wpis na Threads tylko to potwierdza, choć w formie ironii. „Nikt nie chodzi po szpitalu i nie mówi: ‘Patrz, to ta zboczona, co nosi skarpetki nie do pary’” – cytat, który rozbawił wielu komentujących, ale jednocześnie obnażył absurd lęku, który nosiliśmy w sobie latami.

Warto to powiedzieć jasno: to nie był strach o nasze zdrowie. To był strach przed społeczną oceną. Przed wyobrażonym „kimś”, kto zobaczy, zapamięta i wyciągnie wnioski.

Zobacz wpis i wszystkie komentarze.

Dlaczego ten mit tak mocno się w nas zakorzenił?

Z perspektywy dorosłości widać, że nie chodziło o skarpetki. Chodziło o kontrolę, porządek i dostosowanie się do norm. Skarpetki do pary były symbolem – łatwym do sprawdzenia, widocznym i jednoznacznym. Jeśli nawet w tak drobnej sprawie można było „zrobić wstyd”, to znaczyło, że świat jest miejscem pełnym zasad, których lepiej nie łamać.

skarpetki nie do pary
Skarpetki nie do pary to wstyd?, fot. AdobeStock/cegli

Jedna z komentujących osób pisze: „Moja matka ma na tym punkcie obsesję. Za każdym razem, gdy ściągam buty, to 10 minut gadania o tym, że powinny być do pary, bo co ludzie powiedzą”. To pokazuje, jak długo ten schemat potrafi żyć – nawet wtedy, gdy dawno przestaliśmy być dziećmi.

Dziś coraz częściej mówimy o samoświadomości, o odpuszczaniu niepotrzebnych lęków i o rozróżnianiu tego, co realnie ważne, od tego, co tylko wdrukowane. Wpis na Threads trafił w czuły punkt, bo pozwolił wielu osobom nazwać coś, co przez lata było „oczywiste”, choć nigdy nie zostało zakwestionowane.

Może więc odpowiedź na pytanie, dlaczego skarpetki „zawsze musiały być do pary”, jest prostsza, niż myśleliśmy. Nie dlatego, że to miało znaczenie. Ale dlatego, że uczono nas bać się oceny – nawet w sytuacjach, w których nikt jej nie wystawia.

Zobacz też: Zdradziła, jak dzieli rodziców odbierających dzieci z przedszkola. „Ten typ jest najgorszy”

Reklama
Reklama
Reklama