Dzieci wyjadają kanapki z nie swoich śniadaniówek. Matka: „Chodzą głodne, bo ich rodzice są leniwi”
Codziennie wstaję wcześniej, żeby przygotować synowi porządne śniadanie do szkoły. A on wraca głodny, bo ktoś znowu zjadł mu kanapki.

Zaczęło się niewinnie. Syn wrócił ze szkoły i powiedział, że zjadł tylko jabłko, bo kanapki „gdzieś zniknęły”. Myślałam, że zapomniał albo że oddał koledze. Następnego dnia sytuacja się powtórzyła. Trzeciego dnia już wiedziałam, że to nie przypadek. Ktoś regularnie wyjada mu jedzenie ze śniadaniówki. I to nie jest historia o jednorazowym podzieleniu się kanapką, tylko o systematycznym problemie.
Pakuję synowi śniadanie z myślą o nim. Wkładam w to czas, uwagę i pieniądze. Wstaję wcześniej, kombinuję, żeby było zdrowo, sycąco i tak, żeby dziecko miało energię na kilka godzin w szkole. A potem słyszę, że inni uczniowie sięgają do jego pudełka, bo są głodni. I wtedy coś we mnie pęka.
Śniadaniówka mojego dziecka to nie jest wspólny bufet
Nie uczę dziecka, że ma być samolubne. Uczę je empatii, dzielenia się i wrażliwości na innych. Ale jest ogromna różnica między świadomym podzieleniem się a sytuacją, w której ktoś regularnie korzysta z tego, że moje dziecko ma coś fajnego do jedzenia. Syn mówi mi wprost: „Mamo, oni nie mają kanapek, więc biorą moje”. Jak mam mu wytłumaczyć, że to nie jest w porządku, skoro on widzi, że koledzy są głodni?
Mam wrażenie, że w niektórych domach śniadaniówka przestała być podstawą, a stała się opcją. Jakby poranne przygotowanie jedzenia dla dziecka było fanaberią, a nie obowiązkiem. Efekt jest taki, że dzieci przychodzą do szkoły bez kanapek, bez owoców, bez czegokolwiek. A potem głód wygrywa z zasadami.
Głodne dzieci to problem dorosłych
Nie mam pretensji do dzieci. One reagują instynktownie. Jeśli są głodne, szukają jedzenia. Pretensje mam do dorosłych. Do rodziców, którym się „nie chce”, którzy uważają, że dziecko „jakoś sobie poradzi”, że „coś zje w szkole” albo że „to tylko kilka godzin”. Tyle że te kilka godzin to czas nauki, koncentracji i funkcjonowania w grupie.
Mój syn wraca rozdrażniony, zmęczony i głodny. A ja słyszę, że „znowu oddał kanapkę”. Nie po to pakuję mu jedzenie, żeby pełnił rolę szkolnej stołówki. I nie po to uczę go odpowiedzialności, żeby inni dorośli mogli z niej zrezygnować.

Co mam powiedzieć własnemu dziecku?
Najtrudniejsze jest to, że nie wiem, jaką lekcję mam z tego wyciągnąć dla syna. Czy mam mu powiedzieć, żeby pilnował śniadaniówki i nikomu nic nie dawał? Czy mam go uczyć, że ma obowiązek ratować sytuację, którą stworzyli inni dorośli? Każda z tych opcji wydaje mi się zła.
Piszę ten list, bo czuję bezsilność i złość. Nie chcę, żeby moje dziecko chodziło głodne tylko dlatego, że ktoś inny uznał poranne pakowanie kanapek za zbędny wysiłek. Bo szkoła to nie miejsce, w którym dzieci powinny konkurować o jedzenie. To miejsce, w którym każdy powinien mieć zapewnione podstawy.
Może czas przestać udawać, że to drobiazg. Głodne dzieci nie uczą się lepiej, nie są spokojniejsze i nie stają się „bardziej samodzielne”. One po prostu są głodne. A odpowiedzialność za to zawsze ponoszą dorośli.
Joanna N.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: Te dzieci mają dobre oceny bez korepetycji. W ich domach obowiązuje 5 reguł