Jestem z pokolenia „rodziców-potworów”. Nie dziwię się, że nauczyciele mają nas dość
Kiedy czytam w internecie narzekania nauczycieli na roszczeniowych rodziców, którzy wszystkiego się czepiają, piszą wiadomości o każdej porze i podważają decyzje szkoły, mam ochotę podnieść rękę i powiedzieć: to ja. Jestem jedną z tych matek. Mam dziecko w szóstej klasie i coraz częściej łapię się na tym, że funkcjonuję w trybie nieustannej czujności.

Wiem, że zadaję za dużo pytań
Nie należę do rodziców, którzy bezrefleksyjnie przytakują. Gdy pojawia się nowa forma sprawdzianu, zmiana regulaminu, dodatkowe zajęcia albo decyzja dotycząca oceniania – pytam. Dlaczego tak? Na jakiej podstawie? Jak to wpłynie na moje dziecko?
Zdarzyło mi się wysłać wiadomość w Librusie w sobotni wieczór. Nie dlatego, że oczekiwałam natychmiastowej odpowiedzi. Doskonale wiem, że nauczyciele też mają weekendy. Ale liczyłam na reakcję w godzinach pracy w poniedziałek. Bo jeśli coś mnie gryzie, to trudno mi to w sobie kisić przez dwa dni.
Czasem sama słyszę w głowie ten głos: „Przesadzasz”. A chwilę później inny: „Gdybyś nie zapytała, miałabyś pretensje do siebie”.
To nie brak szacunku, to lęk
Nie mam w sobie buntu dla samego buntu. Mam za to niepokój. Widzę, jak bardzo szkoła wpływa na samoocenę mojego dziecka, jak przeżywa uwagi w dzienniku, jak stresuje się kartkówkami, jak porównuje się z innymi.
System edukacji zmienia się co chwilę, wymagania rosną, a przyszłość jest jedną wielką niewiadomą. W tym chaosie próbuję być tarczą ochronną. Może czasem za dużą. Może za szczelną.
Nie zawsze ufam procedurom. Nie zawsze wierzę, że „tak musi być”. I wiem, że dla nauczycieli to bywa męczące – rodzic, który dopytuje, drąży, chce wyjaśnień, nie odpuszcza po pierwszej odpowiedzi.
Ale robię to z troski. Z potrzeby kontroli świata, który coraz częściej wydaje mi się nieprzewidywalny.
Widzę, dlaczego nauczyciele mają nas dość
Z drugiej strony potrafię się postawić po ich stronie. Dziesiątki wiadomości w dzienniku elektronicznym, pretensje, oczekiwania, roszczenia. Każdy przekonany, że jego dziecko jest najważniejsze. Bo dla nas jest.
Sama czasem łapię się na tym, że piszę za długie elaboraty. Że analizuję jedno zdanie z uwagi. Że chcę szczegółowych wyjaśnień tam, gdzie nauczyciel ma pięć minut między lekcjami.
Jestem z pokolenia rodziców, którzy czytają fora, artykuły, raporty psychologów. Którzy wiedzą, jak bardzo szkoła może skrzywdzić – ale też jak bardzo może pomóc. I dlatego nie potrafią siedzieć cicho.
Nie chcę być rodzicem-potworem. Chcę być rodzicem zaangażowanym. Tylko że granica między jednym a drugim bywa cienka jak linia w dzienniku elektronicznym.
I może właśnie dlatego coraz częściej myślę, że potrzebujemy siebie nawzajem trochę bardziej zrozumieć. My – rodzice w stanie permanentnej gotowości. I oni – nauczyciele, którzy próbują ogarnąć system większy niż wszyscy razem wzięci.
Bo choć stoimy po różnych stronach szkolnej barykady, zwykle boimy się dokładnie tego samego: żeby te dzieciaki sobie w życiu poradziły.
Zobacz także: „Wiadomość od nauczycielki doprowadziła mnie do łez”. Wielu rodziców powinno to usłyszeć