Korepetytorka obnaża arogancję rodziców. „Mogłaby pani zostawiać dziecku klucze zapasowe?”
Gdy korepetytorka języka angielskiego pokazała fragmenty rozmów z opiekunami uczniów, wielu internautów przecierało oczy ze zdumienia.

Przez lata pracy w mediach przeczytałam wiele historii o szkolnej codzienności – od konfliktów na klasowych czatach po napięcia między rodzicami a nauczycielami. Ale przyznam, że wiadomości pokazane niedawno przez jedną z korepetytorek naprawdę mnie zaskoczyły.
Autorką posta jest korepetytorka języka angielskiego Karolina Langs, która na Instagramie postanowiła pokazać fragmenty wiadomości otrzymywanych od rodziców swoich uczniów. Miały być zabawne, trochę absurdalne, może lekko ironiczne. Wyszło jednak coś zupełnie innego.
Pod postem momentalnie pojawiły się dziesiątki komentarzy. Większość z nich brzmiała podobnie: „To niemożliwe”, „Rodzice naprawdę tak piszą?”, „Jak można traktować korepetytora w taki sposób?”.
A jednak – wszystko wskazuje na to, że dla wielu nauczycieli prywatnych to codzienność.
„Jednak dziecko może przyjść, będziemy za 5 minut”
Jedna z pokazanych wiadomości zaczyna się bardzo znajomo.
Rodzic pisze, że zajęcia trzeba odwołać, ponieważ dziecko jest chore. Korepetytorka przyjmuje informację i organizuje swój czas inaczej – co przy pracy indywidualnej jest czymś zupełnie naturalnym.
Godzinę później pojawia się kolejna wiadomość.
Rodzic zmienia zdanie. Informuje, że dziecko jednak może przyjść i… będą za pięć minut.
Nie pyta, czy to jeszcze możliwe. Nie sprawdza, czy nauczycielka jest dostępna. Po prostu zakłada, że skoro lekcja była zaplanowana, wszystko powinno dalej funkcjonować dokładnie tak samo.
W komentarzach pod postem wiele osób pisało, że to typowy przykład traktowania pracy korepetytorów jak usługi „na żądanie”. Tak jakby byli oni dostępni w każdej chwili i musieli dopasować się do zmieniających się planów całej rodziny.
„Nikt nie otwiera drzwi. Dziecko stoi pod mieszkaniem”
Jeszcze więcej emocji wzbudziła inna wiadomość.
Rodzic informuje korepetytorkę, że dziecko stoi pod jej mieszkaniem i nikt nie otwiera drzwi.
Problem polegał na tym, że uczeń pojawił się… dwadzieścia minut przed czasem.
Wielu nauczycieli pracujących prywatnie prowadzi zajęcia jedno po drugim. Oznacza to, że między lekcjami często mają tylko kilka minut przerwy – na zapisanie notatek, przygotowanie materiałów albo zwykły oddech. Inni z kolei przyjeżdżają do domu tuż przed lekcją, bo wcześniej mają do załatwienia inne sprawy.
W tej sytuacji korepetytorka zaproponowała rozwiązanie, które wydawało się rozsądne: jeśli dziecku jest zimno, może chwilę poczekać w pobliskim sklepie.
To wtedy pojawiła się sugestia, która – jak przyznało wielu komentujących – przebiła wszystko.
Chcesz zobaczyć tę treść?
Aby wyświetlić tę treść, potrzebujemy Twojej zgody, aby Instagram i jego niezbędne cele mogły załadować treści na tej stronie.
„Może zostawiałaby pani zapasowe klucze pod wycieraczką?”
Rodzic zapytał, czy nauczycielka nie mogłaby zostawiać zapasowych kluczy pod wycieraczką. Wtedy dziecko mogłoby wejść do mieszkania i spokojnie poczekać na rozpoczęcie lekcji.
Gdy pierwszy raz przeczytałam tę historię, musiałam wrócić do niej jeszcze raz, żeby upewnić się, że dobrze zrozumiałam.
Bo trudno uwierzyć, że ktoś naprawdę może zaproponować coś takiego obcej osobie.
Oddanie kluczy do mieszkania uczniom – albo zostawianie ich w miejscu dostępnym dla każdego – to nie tylko brak wyobraźni. To także przekroczenie bardzo podstawowych granic prywatności i bezpieczeństwa.
Nic więc dziwnego, że pod postem pojawiła się lawina komentarzy.
Wielu internautów pisało, że takie wiadomości pokazują coś znacznie poważniejszego niż pojedyncze niezręczne sytuacje. Pokazują sposób myślenia.
Bo kiedy czyta się te rozmowy, można odnieść wrażenie, że niektórzy rodzice traktują korepetytorów trochę jak przedłużenie szkolnej infrastruktury. Jak usługę, która powinna działać zawsze, bez względu na okoliczności.
Dzieci uczą się przede wszystkim od dorosłych
Najbardziej poruszyły mnie jednak komentarze nauczycieli.
Wielu z nich przyznało, że podobne sytuacje zdarzają się częściej, niż mogłoby się wydawać. Spóźnienia bez uprzedzenia, nagłe zmiany planów, oczekiwanie pełnej dyspozycyjności – to dla wielu korepetytorów codzienność.
I tu pojawia się pytanie, które trudno zignorować.
Skoro dzieci coraz częściej tracą szacunek do nauczycieli, to skąd właściwie się tego uczą?
Bo szkoła nie jest przecież jedynym miejscem, w którym obserwują dorosłych.
Widzą też, jak ich rodzice rozmawiają z nauczycielami. Jak traktują osoby prowadzące zajęcia dodatkowe. Czy okazują im wdzięczność i szacunek – czy raczej traktują ich jak usługodawców, których pracę można w każdej chwili przesunąć, zmienić albo zignorować.
I być może właśnie tam zaczyna się ta lekcja.
Lekcja, którą dzieci zapamiętują znacznie dłużej niż angielskie słówka czy matematyczne wzory.
Zobacz też: „Wiadomość w e-dzienniku przyszła o 7:15 w poniedziałek”. Tak szkoły kpią z rodziców