„Ksiądz kazał się zrzucić na renowację krzyża”. Rodzice zostawiają majątek w kościele przed komunią
Widziałam już wiele listów dotyczących komunijnych szaleństw. Czytałam o tortach za tysiąc złotych, o wynajmowaniu limuzyn dla ośmiolatków, a nawet o kłótniach o kolor serwetek w restauracji. Jednak to, co napisała do nas pani Małgorzata z województwa wielkopolskiego, sprawiło, że po raz pierwszy od dawna poczułam prawdziwy gniew zmieszany z niedowierzaniem.

To już nie jest kwestia „zastaw się, a postaw się” ze strony rodziców − to, jak opisuje czytelniczka, zorganizowany system presji finansowej, który z duchowością ma niewiele wspólnego.
„Dar ołtarza” czy obowiązkowy podatek?
Pani Małgorzata zaczyna swój list od opisu spotkania organizacyjnego w parafii, które miało być poświęcone przygotowaniu dzieci do sakramentu. Zamiast rozmowy o modlitwie, rodzice dostali konkretny kosztorys. „Ksiądz proboszcz wyszedł na ambonę i z uśmiechem na ustach ogłosił, że w tym roku darem ołtarza od rodziców dzieci komunijnych będzie renowacja zabytkowego krzyża na placu przykościelnym” − pisze nasza czytelniczka. Początkowo rodzice myśleli, że to dobrowolna zbiórka, ale szybko zostali wyprowadzeni z błędu.
„Kiedy zapytaliśmy o koszty, padła kwota, po której w kościele zapadła grobowa cisza. Renowacja ma kosztować 7 tysięcy złotych, co w przeliczeniu na jedno dziecko daje ok. 400 zł od rodziny!” − relacjonuje pani Magda. Co najgorsze, w liście czytamy o mechanizmie presji, który jest stary jak świat: „taka jest tradycja”, „poprzednie roczniki fundowały monstrancje”, „nie wypada być gorszym”.
Pani Małgorzata podkreśla, że to mała miejscowość, mała parafia, wiele rodzin w grupie jest w trudnej sytuacji finansowej, ale nikt nie odważył się sprzeciwić na głos, bojąc się, że rykoszetem oberwie ich dziecko podczas samej uroczystości.
Finansowe dylematy: między wiarą a portfelem
To, co najbardziej uderza w historii naszej czytelniczki, to poczucie osaczenia. „Czuję się, jakbym kupowała swojemu dziecku bilet wstępu do sakramentu” − wyznaje gorzko mama trzecioklasisty. W liście wylicza, że te pieniądze to dopiero wierzchołek góry lodowej. Trzeba doliczyć składkę na kwiaty, sprzątanie kościoła, ofiarę dla organisty i kościelnego, a do tego dochodzą przecież koszty własne: alba, świeca, skromne (z założenia) przyjęcie dla najbliższych. Sumy stają się astronomiczne.
Pani Małgorzata stawia w swoim liście bardzo ważne pytanie: gdzie w tym wszystkim jest miejsce dla dziecka i jego przeżyć? „Zamiast rozmawiać z synem o znaczeniu komunii, ja co wieczór kłócę się z mężem, skąd wziąć te dodatkowe pieniądze. Mąż chce się zapożyczyć, bo mówi, że 'wstyd przed ludźmi', a ja mam ochotę po prostu przepisać dziecko do innej parafii” − czytamy.
Ta sytuacja pokazuje patologię, która wkrada się w polskie przygotowania komunijne. Dar ołtarza, który pierwotnie miał być symbolicznym wyrazem wdzięczności wspólnoty, zamienia się w inwestycję budowlaną parafii, finansowaną z kieszeni rodziców, którzy i tak ledwo dopinają domowe budżety w dobie inflacji.
Głos rozsądku: jak wyjść z komunijnego błędnego koła?
Jako redakcja często powtarzamy: sakrament nie ma ceny. Jednak rzeczywistość opisana przez panią Małgorzatę brutalnie to weryfikuje. Problem polega na tym, że duchowni często zapominają o skromności, o której tak głośno mówił nawet papież Franciszek. „Ksiądz na nasze nieśmiałe uwagi o kosztach odpowiedział, że renowacja krzyża to pamiątka na wieki. Ale przecież moje dziecko nie potrzebuje tabliczki ze swoim nazwiskiem na krzyżu, tylko poczucia, że Kościół to dom, a nie firma windykacyjna” − kończy swój list pani Małgorzata.
Co możemy zrobić w takiej sytuacji? Jako rodzice mamy prawo pytać o rozliczenia i mamy prawo powiedzieć „nie”. Żaden ksiądz nie ma prawa odmówić dziecku sakramentu z powodu braku wpłaty na cele remontowe. To trudne, bo wymaga odwagi i wyłamania się z szeregu „posłusznych” rodziców, ale historia pani Małgorzaty pokazuje, że granica została drastycznie przekroczona. Jeśli pozwolimy na to, by Pierwsza Komunia stała się licytacją, to za kilka lat będziemy się zrzucać nie na krzyż, a na nową plebanię. Czas przywrócić tej uroczystości jej właściwe proporcje − mniej pieniędzy, więcej serca.
Zobacz też: „Wzięliśmy kredyt na komunię, bo tak trzeba”. Dmuchany zamek i DJ to dziś standard, a rachunki szokują