Kupiłam córce drogie perfumy. On spytał: „Dlaczego?”. Moja odpowiedź zmieniła wszystko
To nie był prezent „z potrzeby”. Raczej z impulsu. Kiedy usłyszałam pytanie, dlaczego kupiłam córce tak drogie perfumy, zrozumiałam, że w tej rozmowie wcale nie chodzi o zapach ani o pieniądze.

To nie był zaplanowany zakup
Nie planowałam tego. Weszłyśmy do perfumerii przy okazji, bez listy i bez celu. Córka krążyła między półkami, testowała zapachy na papierkach, śmiała się i co chwilę wołała, żebym coś powąchała. Była skupiona, uważna i bardzo poważna w tym swoim wybieraniu, jakby chodziło o coś naprawdę ważnego.
W pewnym momencie zatrzymała się przy flakonie, którego cena od razu przyciągała wzrok. Zapytała nieśmiało, czy może spróbować. Skinęłam głową, bardziej z ciekawości niż z gotowości na zakup. Kiedy psiknęła perfumy na nadgarstek, spojrzała na mnie i powiedziała, że to jest „jej zapach”.
Decyzja, którą podjęłam szybciej, niż się spodziewałam
Nie analizowałam długo. Wiedziałam, że to drogie perfumy. Wiedziałam też, że nie są „potrzebne”. A jednak coś mnie w tym momencie zatrzymało. To, jak była pewna swojego wyboru. Jak nie pytała, czy wypada, tylko czy może.
Zapłaciłam. Bez fanfar, bez tłumaczeń. Wyszłyśmy z perfumerii z małą torebką i dużym poczuciem, że wydarzyło się coś więcej niż zwykłe zakupy.
Pytanie, które padło w domu
W domu zapach szybko zwrócił jego uwagę. Zapytał, co to za perfumy i ile kosztowały. Kiedy usłyszał cenę, uniósł brwi i zapytał wprost: „Dlaczego kupiłaś jej tak drogie perfumy?”.
Nie było w tym pytaniu złości. Było zdziwienie. Może też troska. A może zwykłe niezrozumienie.
Przez chwilę sama nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Bo przecież to nie było racjonalne. Nie było praktyczne. Nie było „na teraz”.
Odpowiedź, która przyszła sama
Powiedziałam, że kupiłam jej te perfumy, bo chciałam, żeby wiedziała, że jej wybór ma znaczenie. Że to, co jej się podoba, nie jest głupie ani przesadzone tylko dlatego, że jest dzieckiem. Że nie wszystko w życiu musi być zasłużone, zapracowane albo odłożone „na kiedyś”.
Powiedziałam też, że przez lata sama słyszałam, że coś jest „za drogie”, „niepotrzebne” albo „nie dla mnie”. I że bardzo długo wierzyłam, iż rzeczy, które sprawiają mi przyjemność, muszą mieć praktyczne uzasadnienie.
To nie były perfumy
Dopiero wtedy zrozumiałam, że w tej rozmowie wcale nie chodziło o zapach. Chodziło o komunikat, jaki daję córce. O to, czy uczę ją, że może ufać swoim wyborom. Czy raczej, że powinna je ciągle poddawać w wątpliwość.
On słuchał. Nie przerwał. A potem powiedział coś, czego się nie spodziewałam. Że nigdy nie patrzył na to w ten sposób. Że jemu perfumy kojarzą się z fanaberią, a nie z budowaniem pewności siebie.
Zapach, który został na dłużej
Córka używa tych perfum oszczędnie, bardzo uważnie. Nie codziennie. Raczej wtedy, kiedy chce poczuć się „bardziej sobą”. Czasem tylko otwiera flakon i mówi, że lubi sam zapach, nawet jeśli nigdzie nie wychodzi.
Patrzę na to i myślę, że może właśnie o to chodziło. Nie o luksus. Nie o markę. O pozwolenie sobie na przyjemność bez poczucia winy.
Co naprawdę chciałam jej dać
Nie wiem, czy zawsze będę podejmować takie decyzje. Wiem jednak, że tamte perfumy były czymś więcej niż prezentem. Były małym sygnałem, że jej gust, potrzeby i wybory są ważne. Nawet jeśli nie da się ich logicznie wytłumaczyć.
Kiedy dziś pytam siebie, czy zrobiłabym to jeszcze raz, odpowiedź przychodzi szybko. Tak. Bo czasem jedna decyzja potrafi powiedzieć dziecku więcej niż długie rozmowy o pewności siebie.
A zapach? Zostaje. I za każdym razem przypomina mi, że nie wszystko, co wartościowe, musi być praktyczne.