Reklama

Do naszej redakcji napisała Anita, mama 4-letniego chłopca. Jak przyznaje, od dawna kupuje synowi ubrania z drugiego obiegu – głównie na Vinted i w second-handach. Dobre jakościowo rzeczy, często markowe, w świetnym stanie, za ułamek ceny.

„Dzieci rosną w tempie ekspresowym – nie widzę sensu przepłacać za coś, co za chwilę będzie za małe” – pisze.

Ostatnio spotkała ją jednak sytuacja, która kompletnie ją zaskoczyła.

Kurtka za 40 zł i ignorancja, która wbija w ziemię

Tego dnia jak zwykle zaprowadziła syna do przedszkola. Pomagała mu zdjąć kurtkę – jeden z ostatnich „łupów” z Vinted. Niebieska, przejściowa, w zielone i żółte dinozaury. Świetna jakość, praktycznie jak nowa. Zapłaciła za nią 40 zł, nie licząc przesyłki. Skandynawska marka, ostatnio coraz więcej tego typu ubrań na Vinted.

W szatni zaczepiła ją inna mama.

„Skąd ta kurteczka?” – zapytała.

„Z Vinted” – odpowiedziała Anita, zupełnie naturalnie.

Reakcja była natychmiastowa.

„Spojrzała na mnie dziwnie i zapytała, czy się nie brzydzę. Czy nie boję się, że przyniosę do domu jakieś robactwo. I że w ogóle powinnam posyłać dziecko w nowych ubraniach, bo jak pojawią się wszy, to wiadomo, kto je przyniósł” – relacjonuje.

Anita przyznaje, że ją kompletnie zamurowało.

„Stałam jak słup soli. Nie wiedziałam, co powiedzieć. Byłam w szoku, że ktoś może w ogóle tak pomyśleć, nie mówiąc już o powiedzeniu tego na głos” – dodaje.

Drugi obieg – wciąż nie dla wszystkich

Ta historia pokazuje coś, o czym rzadko mówimy wprost. Choć kupowanie używanych rzeczy stało się powszechne, to przekonania rodem z lat 90. i 2000, że używane znaczy brudne, tanie, zawstydzające, wciąż mają się dobrze. A przecież rzeczywistość wygląda dziś zupełnie inaczej.

Rodzice coraz częściej wybierają drugi obieg świadomie – nie dlatego, że „muszą”, ale dlatego, że chcą kupować mądrzej. Ubrania dla dzieci są często w idealnym stanie – noszone przez jeden sezon, czasem kilka razy. Wystarczy je wyprać i są gotowe do noszenia.

Kupowanie ubrań z drugiej ręki to nie tylko oszczędność, choć ta jest odczuwalna od razu. To także realny wpływ na środowisko. To również sposób na dostęp do lepszej jakości ubrań w niższej cenie. Zamiast jednej nowej rzeczy można kupić kilka używanych.

Ostatecznie to nie metka decyduje o tym, czy ubranie jest „dobre” dla dziecka. Tylko jego stan, czystość i zdrowy rozsądek rodzica.

A ten – jak widać – bywa oceniany szybciej, niż byśmy się spodziewali.

Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Kupiła dziecku na Wielkanoc używane klocki. „Siostra spojrzała na mnie z pogardą”

Reklama
Reklama
Reklama