„Mam troje dzieci i nie pracuję, teściowa nazwała mnie pasożytem. Odpowiedziałam jej tak, że usiadła”
Nie spodziewałam się, że jedno zdanie wypowiedziane przy stole potrafi tak bardzo zaboleć. Jeszcze mniej – że zmusi mnie do powiedzenia czegoś, co nosiłam w sobie od lat.

Szanowna Redakcjo. Piszę ten list jako matka trójki dzieci, która od kilku lat nie pracuje zawodowo. Zajmuję się domem, dziećmi i całą codziennością, która – jak się okazuje – dla niektórych nie ma żadnej wartości. Ostatnio dowiedziałam się tego bardzo boleśnie, wprost od mojej teściowej, która nazwała mnie pasożytem. Tak po prostu. Przy obiedzie. Przy moich dzieciach.
Nie byłam przygotowana na takie słowa. Przez chwilę siedziałam w ciszy, z sercem bijącym jak oszalałe, próbując zrozumieć, jak dorosła kobieta może powiedzieć coś tak okrutnego. Teściowa stwierdziła, że „siedzę w domu”, „żyję na koszt jej syna” i „nic nie robię”. Że kobieta, która nie pracuje, jest nikim. Pasożytem.
„Siedzisz w domu” – czyli praca, której nikt nie widzi
Mam troje dzieci. Najmłodsze dopiero zaczyna mówić, środkowe jest w przedszkolu, najstarsze w szkole. Każdego dnia wstaję wcześniej niż wszyscy, zasypiam ostatnia. Gotuję, sprzątam, piorę, odrabiam lekcje, jeżdżę na zajęcia dodatkowe, do lekarzy, na zebrania. Znam plany lekcji, rozmiary butów, alergie i lęki moich dzieci.
Kiedy jedno choruje, nie biorę L4 – po prostu nie śpię. Kiedy w domu brakuje pieniędzy, kombinuję, liczę, odkładam swoje potrzeby na później. Nie pamiętam, kiedy ostatni raz kupiłam coś tylko dla siebie. Ale dla teściowej to wciąż „siedzenie w domu”.
Najbardziej zabolało mnie to, że te słowa padły przy dzieciach. Że mogły usłyszeć, że ich mama jest kimś gorszym. Kimś, kto „nic nie robi”.
Nie pracuję − to była wspólna decyzja
Decyzja o tym, że zostanę w domu, była wspólna. Z mężem długo rozmawialiśmy, liczyliśmy koszty, godziny, możliwości. Opłacenie żłobka, przedszkola, opiekunki i ciągłe zwolnienia przy trójce dzieci sprawiały, że moja pensja i tak znikałaby pierwszego dnia miesiąca.
Wybraliśmy inaczej. Ja wzięłam na siebie dom i dzieci, on pracę zawodową. Nigdy nie usłyszałam od męża, że jestem pasożytem. Nigdy nie dał mi odczuć, że robi mi łaskę. Tylko jego matka uznała, że ma prawo mnie oceniać.

Odpowiedziałam jej raz. I więcej nie musiałam
Nie wiem, skąd wzięłam w sobie spokój. Spojrzałam na teściową i powiedziałam:
„Skoro uważasz, że nic nie robię, to jutro możesz przyjść i mnie zastąpić. Zajmiesz się dziećmi, obiadem, szkołą, praniem i nocnym wstawaniem. A ja pójdę ‘nic nie robić’”.
Zamilkła. Dosłownie usiadła i nie odezwała się już ani słowem. Po raz pierwszy zobaczyłam w jej oczach coś innego niż pogardę – zakłopotanie. Może nawet wstyd.
Nie chodziło mi o wygraną. Chciałam tylko, żeby ktoś wreszcie zobaczył, że praca w domu to też praca. Że macierzyństwo nie czyni ze mnie pasożyta, tylko kobietę, która każdego dnia daje z siebie wszystko.
Wiem, że wiele kobiet słyszy podobne słowa – od teściowych, rodziny, czasem nawet obcych ludzi. I chcę powiedzieć jedno: to, że nie masz etatu, nie znaczy, że nie masz wartości.
Z poważaniem,
Aga
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz też: „Odkąd urodziłam, teściowa wpada do nas, kiedy chce. Miarka się przebrała, gdy wparowała do sypialni”