„Mam żal do teściowej, że nie chce zająć się wnuczką. Amelka ma 1,5 roku i marzę, żeby wrócić do pracy”
Kiedy po raz kolejny usłyszałam „zapisz ją do żłobka”, coś we mnie pękło. Bo w mojej głowie ten plan wyglądał zupełnie inaczej – z babcią na wyciągnięcie ręki.

Piszę to jako mama półtorarocznej Amelki, która od miesięcy balansuje między zmęczeniem, ambicją a poczuciem, że utknęłam w miejscu. Bardzo chcę wrócić do pracy. Nie tylko dla pieniędzy – choć one też są ważne – ale dla siebie. Dla rozmów z dorosłymi, dla poczucia, że znów robię coś swojego, że nie jestem wyłącznie mamą na pełen etat.
Moja mama nadal pracuje zawodowo i mieszka kilkaset kilometrów od nas. Pomaga, jak może – dzwoni codziennie, przyjeżdża na weekendy, kiedy tylko da radę. Z teściową jest inaczej. Mieszka w tym samym mieście, kilkanaście minut tramwajem. Jest już na emeryturze.
W mojej głowie to się samo ułożyło. Myślałam, że mogłaby zająć się wnuczką. Żebym mogła wrócić do biura choćby na pół etatu, rozruszać zawodowe mięśnie.
Kiedy zapytałam – usłyszałam, że jest zmęczona. Że swoje już wychowała. Że nie chce się wiązać na stałe. I że jeśli tak bardzo zależy mi na pracy, to mogę zapisać Amelkę do żłobka. Zabolało.
Widziałam to inaczej – spacery, plac zabaw, bliskość
Nie oczekiwałam, że teściowa stanie się pełnoetatową nianią, chociaż to byłaby najlepsza opcja.Chciałam, by chociaż 3-4 dni w tygodniu przejmowała opiekę nad dzieckiem – kilka godzin, wspólne spacery, karmienie, drzemka w wózku, plac zabaw pod blokiem.
Wydawało mi się, że to byłoby dobre dla wszystkich. Amelka miałaby bliską relację z babcią, ja – oddech, a teściowa… cóż, zawsze powtarzała, że wnuczka jest całym jej światem.
Tymczasem zderzyłam się z rzeczywistością. Z kobietą, która jasno stawia granice. Która mówi, że chce mieć czas dla siebie, na lekarzy, rehabilitację, koleżanki, działkę. I że nie czuje się na siłach, by zajmować się półtorarocznym dzieckiem, nawet kilka razy w tygodniu.
Rozumem to przyjmuję. Sercem – trochę mniej.
Czuję rozczarowanie i wstyd, że w ogóle mam pretensje
Najgorsze jest to rozdwojenie. Z jednej strony wiem, że nikt nie jest mi nic winien. Że Amelka to nasza odpowiedzialność – moja i męża. Z drugiej… trudno nie czuć żalu. Zwłaszcza kiedy słyszę historie koleżanek, których mamy albo teściowe odbierają wnuki ze żłobka, gotują im obiady, zostają z nimi w chorobie.
Zaczęłam się łapać na tym, że zazdroszczę. Że porównuję. Że w głowie układam listę argumentów, które mogłabym jeszcze raz przedstawić. A potem przychodzi refleksja – że to nie fair. Że teściowa ma prawo do swojej emerytury. Do zmęczenia. Do mówienia „nie”.
I że może największy problem jest we mnie – w moich oczekiwaniach, które zbudowałam, zanim w ogóle zapytałam.
Komentarz redakcji
Choć wiele rodzin opiera się na pomocy dziadków, nie jest to ich obowiązek. Emerytura nie oznacza automatycznej gotowości do opieki nad wnukami, a odmowa nie musi wynikać ze złej woli. Rodzice mają prawo szukać wsparcia – w żłobku, u opiekunki czy w rodzinie – ale nie powinni go wymagać. Granice dziadków, nawet jeśli bolą, również zasługują na szacunek.
Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl
Zobacz także: „Nie poznaję syna po powrocie z ferii u dziadków. Nie mogę uwierzyć, co zrobiła teściowa”