Reklama

Pracuję jako nauczycielka w przedszkolu od kilkunastu lat. Widziałam już naprawdę wiele – łzy dzieci, zmęczenie rodziców, piękne gesty wdzięczności i trudne rozmowy. Ale to, co wydarzyło się niedawno w naszej szatni, zostawiło we mnie dziwny smutek.

Czy naprawdę wszystko musi być dostępne?

To był zwykły dzień. Dzieci bawiły się, śmiały, ktoś budował wieżę z klocków, ktoś inny przyniósł mi rysunek. Rodzice odbierali swoje pociechy, jak co dzień – szybko, w biegu, między obowiązkami.

I wtedy podeszła do mnie jedna z mam. Spokojna, uśmiechnięta, jak zawsze. I zupełnie poważnie zapytała: „A proszę mi powiedzieć, czy w poniedziałek po Wielkanocy przedszkole będzie otwarte?”.

Tak, chodziło o Poniedziałek Wielkanocny. Na chwilę mnie zatkało. Naprawdę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Myślałam, że to żart. Że zaraz się uśmiechnie i powie, że przecież wie, jaki to dzień. Ale ona patrzyła na mnie z oczekiwaniem.

Święta też są dla nauczycieli

Odpowiedziałam spokojnie, że to Poniedziałek Wielkanocny i przedszkole jest zamknięte. Mama tylko kiwnęła głową, jakby to była zwykła informacja, i odeszła.

A ja zostałam z tym uczuciem… trudnym do opisania. Bo to nie było tylko pytanie. To było coś więcej. Jakby ktoś zapomniał, że my – nauczyciele – też mamy życie, rodziny, święta. Że nie jesteśmy „zawsze dostępni”.

Naprawdę staram się rozumieć rodziców – wiem, że wielu z nich pracuje, że organizacja opieki nad dzieckiem bywa trudna. Ale są dni w roku, które są wspólne dla wszystkich. Takie, które z definicji są wolne. I wydawało mi się, że to oczywiste.

zajęcia w przedszkolu
W święta przedszkola są zamknięte, fot. AdobeStock/Photographee.eu

Gdzie podział się szacunek?

To pytanie zabrzmiało dla mnie jak brak uważności. Jakby nasza praca była czymś, co można włączyć i wyłączyć na życzenie. Jakbyśmy nie mieli prawa do odpoczynku.

Zrobiło mi się po prostu przykro.

Każdego dnia dajemy dzieciom serce, uwagę, cierpliwość. Często kosztem własnego zmęczenia. I nie oczekujemy za to wielkich podziękowań. Wystarczy nam zwykłe zrozumienie.

Chciałabym, żeby rodzice czasem się zatrzymali i pomyśleli: po drugiej stronie też są ludzie. Tacy, którzy też chcą usiąść przy świątecznym stole, pobyć z bliskimi, odetchnąć.

Nie wiem, czy ta mama miała złe intencje. Może po prostu się nie zastanowiła. Ale dla mnie to był moment, który pokazał, jak łatwo można przekroczyć czyjąś granicę… nawet jednym, pozornie niewinnym pytaniem.

Basia



Napisz do nas: redakcja@mamotoja.pl

Zobacz także: Dzieci łapią jedynkę za jedynką, a rodzice są wściekli. Nauczycielka: „To nie jest moja wina”

Reklama
Reklama
Reklama