atoms.adSlot.adLabel

Obietnica, która brzmiała jak ratunek

Rozmowa o wolnych weekendach pojawiła się między jednym a drugim „zaraz wracam”. Byłam zmęczona w sposób, którego nie da się odespać jedną nocą. Zmęczona ciągłą gotowością, planowaniem, pamiętaniem i ogarnianiem rzeczy, które same się nie robią. Kiedy powiedział, że widzi, jak bardzo jestem przeciążona, poczułam ulgę.

Obiecał, że od teraz weekendy będą inne. Że weźmie na siebie więcej. Że ja w końcu odpocznę. W głowie zaczęłam układać obrazy: długie śniadanie, książka, spacer bez pośpiechu, może nawet nicnierobienie bez poczucia winy.

Pierwszy wolny weekend

W sobotę obudziłam się wcześniej niż zwykle, z przyzwyczajenia. Leżałam chwilę i czekałam, aż dotrze do mnie, że to ten dzień. Ten pierwszy „wolny” weekend. Wstałam bez planu, bez listy rzeczy do zrobienia, bez presji.

Po śniadaniu mąż spojrzał na mnie z satysfakcją i powiedział, że skoro mam dziś dla siebie czas, to może wreszcie zajmę się szafą. Tą, na którą od miesięcy narzekam, że jest w niej chaos. Zaproponował nawet pomoc, bo przecież to też forma dbania o mnie.

Przez chwilę nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Stałam z kubkiem kawy w ręku i próbowałam zrozumieć, kiedy dokładnie wolny czas zamienił się w zadanie do wykonania.

Porządek zamiast odpoczynku

Zaczęłam przeglądać ubrania, odkładać, segregować, zastanawiać się, co zostawić, a co oddać. Robiłam to mechanicznie, z tą samą dokładnością, z jaką robię wszystko inne. Mąż co jakiś czas zaglądał i pytał, czy czegoś nie potrzeba, wyraźnie przekonany, że właśnie realizuje swoją obietnicę.

Tylko że ja nie potrzebowałam uporządkowanej szafy. Potrzebowałam nie być potrzebna. Chciałam chwili, w której nikt nie oczekuje ode mnie produktywności, nawet tej „dla mnie”.

„Przecież robisz to dla siebie”

Kiedy powiedziałam, że to nie tak wyobrażałam sobie wolny weekend, spojrzał na mnie z lekkim zdziwieniem. Odpowiedział, że przecież porządek w szafie to coś, co robię dla siebie. Że zawsze mówiłam, że mnie to męczy i że teraz mam idealną okazję, żeby się tym zająć bez pośpiechu.

Zrozumiałam wtedy, jak bardzo różnie rozumiemy odpoczynek. Dla niego wolny czas oznaczał brak pracy zawodowej. Dla mnie oznaczał brak odpowiedzialności za cokolwiek.

Wolny czas, który nadal jest zadaniem

Resztę dnia spędziłam w podobnym trybie. Bez biegania, ale też bez prawdziwego luzu. Zrobiłam obiad, bo przecież „i tak jestem w domu”. Posprzątałam po nim, bo nie lubię bałaganu. Wieczorem usłyszałam, że dobrze było dziś zwolnić i zrobić coś spokojnie.

Nie miałam siły tłumaczyć, że to nie o tempo chodziło. Chodziło o to, żeby przez chwilę nic nie musieć.

To nie była zła wola

Wiem, że nie zrobił tego ze złośliwości. Wiem też, że w jego głowie naprawdę dał mi wolny weekend. Problem polegał na tym, że odpoczynek kobiet bardzo często mylony jest z inną formą ogarniania rzeczy. Tyle że wolniej, ciszej i bez narzekania.

Dopiero wieczorem, kiedy zamknęłam szafę i usiadłam na kanapie, dotarło do mnie, że jeśli nie nauczę się mówić, czym dla mnie jest wolny czas, to zawsze będę dostawać porządek zamiast odpoczynku.

Nie o szafę tu chodziło

To nie była historia o ubraniach. To była historia o tym, jak łatwo zamienić czyjąś potrzebę w kolejne zadanie. Jak szybko „zrób coś dla siebie” może stać się nowym obowiązkiem.

Kolejnego dnia powiedziałam mu, że wolny weekend to nie moment na nadrabianie zaległości. To czas, w którym mogę usiąść i niczego nie poprawiać. Nawet siebie.

Nie wiem, jak będzie wyglądał następny. Wiem tylko, że porządek w szafie przestał mi się kojarzyć z odpoczynkiem.

atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel
atoms.adSlot.adLabel